21.03.2024, 19:55 ✶
– Jestem bardzo prostolinijną osobą, pozbawioną wyobraźni, totalnie nie umiem w takie historyjki – skłamała Brenna z niesamowitą bezczelnością, bo w istocie była osobą, która prawdę często wypowiadała tak, jakby była kłamstwem, a różne absurdalne rzeczy opowiadała z taką miną i takim tonem, jakby były prawdą.
Wiele mówiło o niej albo o jej przyjaciołach, że niekiedy ludzie wokół w te wierzyli, chociaż Brenna wcale nie była niesamowitym kłamcą.
– Tak, widma, nie, nie, nie wiemy, chyba nie, tak, tak kilka osób – odparła, po kolei odpowiadając na jego pytania. Mówił szybko, z twardym akcentem, którego nie rozpoznałaby, gdyby nie wiedziała, że pochodzi z Rosji, ale w pracy nieraz musiała nadążyć za zeznaniami nieskładnymi czy pośpiesznie wypowiadanymi. Uśmiech spełzł z jej ust, bo stwory z Kniei były tym tematem, o którym nie mogła żartować: nie gdy w pamięci miała ciało wuja zamienione w proch, pełen rozpaczy wzrok państwa Dafoe i postarzałą przedwcześnie twarz Mildred Found. Nawet ton trochę się jej zmienił, teraz mówiła odrobinę wolniej. – Nie wchodź do Kniei, Kol. W najlepszym razie trafisz do aresztu, w najgorszym skończysz w grobie.
Sama by go do tego aresztu wepchnęła, gdyby go na tym przyłamała, ale on nie wiedział, że pracuje w Brygadzie – za krótko mieszkał pewnie w Dolinie, by kojarzyć jej rodzinę. A ona nawet nie pomyślała, by go uświadamiać, bo raz po co, dwa przywykła, że większość ludzi Longbottomów jednak kojarzy w okolicy, i ta droga skojarzeń od razu wiedzie każdego do konkluzji „policja”.
– Czyń więc honory – oświadczyła bez mrugnięcia okiem, wskazując na miotłę i znów odzyskując pogodę. Wyglądało na to, że naprawdę chciała, żeby Kol tę miotłę wysadził w powietrze. I TAK, nie miała nic przeciwko wykałaczkom z miotły, byleby potem nie było znowu problemów pt. ktoś wylatuje z domu Vladmira i następuje seria niefortunnych zdarzeń.
Nie odpowiadała na uwagę odnośnie pamiątek. Jego ton i mina jasno wskazywały na to, że to był trudny temat, a o trudne tematy lepiej było nie pytać, póki nie stawało się to konieczne albo ktoś nie chciał sam o nich rozmawiać. A ten chłopak raczej znał Brennę za słabo, aby miał okazję zwierzać się jej z rodzinnych tragedii na środku pastwiska.
– Nie będzie mi przeszkadzać – powiedziała, gdy spytał, czy może zapalić. W jej Departamencie palił niemal każdy: ona wprawdzie nie, ale dym i tak zawsze unosił się w pomieszczeniu, wżerał w materiał ubrań, a i w domu palili ojciec, wuj oraz brat. Nawykła do zapachu papierosów. – Ale twojemu wujowi pewnie tak, to znaczy nie samo palenie, ale że tak sobie tutaj stoimy, a on pewnie się martwi, czy nie spadłeś i nie połamałeś sobie wszystkich kończyn, albo i karku czy coś takiego.
Wiele mówiło o niej albo o jej przyjaciołach, że niekiedy ludzie wokół w te wierzyli, chociaż Brenna wcale nie była niesamowitym kłamcą.
– Tak, widma, nie, nie, nie wiemy, chyba nie, tak, tak kilka osób – odparła, po kolei odpowiadając na jego pytania. Mówił szybko, z twardym akcentem, którego nie rozpoznałaby, gdyby nie wiedziała, że pochodzi z Rosji, ale w pracy nieraz musiała nadążyć za zeznaniami nieskładnymi czy pośpiesznie wypowiadanymi. Uśmiech spełzł z jej ust, bo stwory z Kniei były tym tematem, o którym nie mogła żartować: nie gdy w pamięci miała ciało wuja zamienione w proch, pełen rozpaczy wzrok państwa Dafoe i postarzałą przedwcześnie twarz Mildred Found. Nawet ton trochę się jej zmienił, teraz mówiła odrobinę wolniej. – Nie wchodź do Kniei, Kol. W najlepszym razie trafisz do aresztu, w najgorszym skończysz w grobie.
Sama by go do tego aresztu wepchnęła, gdyby go na tym przyłamała, ale on nie wiedział, że pracuje w Brygadzie – za krótko mieszkał pewnie w Dolinie, by kojarzyć jej rodzinę. A ona nawet nie pomyślała, by go uświadamiać, bo raz po co, dwa przywykła, że większość ludzi Longbottomów jednak kojarzy w okolicy, i ta droga skojarzeń od razu wiedzie każdego do konkluzji „policja”.
– Czyń więc honory – oświadczyła bez mrugnięcia okiem, wskazując na miotłę i znów odzyskując pogodę. Wyglądało na to, że naprawdę chciała, żeby Kol tę miotłę wysadził w powietrze. I TAK, nie miała nic przeciwko wykałaczkom z miotły, byleby potem nie było znowu problemów pt. ktoś wylatuje z domu Vladmira i następuje seria niefortunnych zdarzeń.
Nie odpowiadała na uwagę odnośnie pamiątek. Jego ton i mina jasno wskazywały na to, że to był trudny temat, a o trudne tematy lepiej było nie pytać, póki nie stawało się to konieczne albo ktoś nie chciał sam o nich rozmawiać. A ten chłopak raczej znał Brennę za słabo, aby miał okazję zwierzać się jej z rodzinnych tragedii na środku pastwiska.
– Nie będzie mi przeszkadzać – powiedziała, gdy spytał, czy może zapalić. W jej Departamencie palił niemal każdy: ona wprawdzie nie, ale dym i tak zawsze unosił się w pomieszczeniu, wżerał w materiał ubrań, a i w domu palili ojciec, wuj oraz brat. Nawykła do zapachu papierosów. – Ale twojemu wujowi pewnie tak, to znaczy nie samo palenie, ale że tak sobie tutaj stoimy, a on pewnie się martwi, czy nie spadłeś i nie połamałeś sobie wszystkich kończyn, albo i karku czy coś takiego.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.