21.03.2024, 23:00 ✶
– Och tak?– uniósł brwi, gdy okazało się, że jego gość go rozpoznał, ale zaraz po tym pokiwał głową na potwierdzenie w parującej aurze serowej zupy przelewanej do porcelanowego talerza, abstrakcyjnie wpasowującego się w skromne, żeby nie powiedzieć prymitywne otoczenie. – Figurki i amulety... Hah, nie mam co z nimi robić, dzisiaj palę nimi w piecu, bo w sumie robię je dla zabicia czasu, w takie wieczory jak ten, a potem... cóż, nie wszystkie schodzą. Przynajmniej dobrze robią jako rozpałka, drewno musi być odpowiednio przesuszone. – wpadał w ton bajarza mimowolnie, jak ktoś kto normalnie nie mówi z responsywną istotą, a kozą właśnie, czy pieńkiem w lesie.
– Ja też tak myślę, teraz gdy już wróciłeś, gdy mówisz, całkiem składnie przyznaję, zatem jest nadzieja. – uśmiech nie gasł mu z twarzy, gdy powrócił na swoje miejsce, aby zorientować się, że w tej pozycji Lysander nie będzie w stanie jeść. Pospiesznie odłożył talerz na stoliczek nocny, strącając kilka drobiazgów, w tym drewniane figurki właśnie przedstawiające lisy w przeróżnych pozach, po czym pochylił się do niego i już miał go złapać za ramiona, gdy zawahał się i poszukał zapodzianych w myślach oczu trawionych gorączką.
– Trochę Cię muszę podsadzić dobrze? Tak żeby Cię nie oblać wrzątkiem. Postaram się być delikatny. – koił jak mógł, łagodnością tonu, pewnym zagubieniem, bo tym razem istota, której pomagał mogła odpowiedzieć. W końcu jednak, nieco niezdarnie, spionizował go na tyle, by nie odsłaniać ciała spod ciepłego futra. Dbał aby kokon spełniał dalej swe lecznicze funkcje. Zaraz po tym sięgnął po talerz i zamieszał w nim uwalniając kolejne porcje intensywnego zapachu.
Zupa zdawała się być złożona z trzech składników. Koziego sera, to pewne, dla kogoś kto hodował tez kozy nie można było tego pomylić z czymkolwiek innym. Cebula i czosnek byli jego towarzyszami, przebywający w kociołku tak długo, że nie trzeba było wywaru już w ogóle przecierać. Samuel wziął za dużo i pogiętą nieco łyżkę i nabrał nieco żółtego aromatycznego płynu. Przemyślał sprawę przez moment i podmuchał weń, nie chcąc biedaka jeszcze dodatkowo oparzyć. Zaraz potem wsadził do strawy własny jęzor i skrzywił się, ewidentnie uznając, że jest za gorąca. Dlatego też powróciła zupa do talerza, a Sam zaczął w umiarkowanym tempie zataczać w nim kręgi, aby ostudzić jednolicie całość.
– Ja też mam kozy. Białkę już miałeś okazję poznać, Miłka nie jest tak do obcych. – jakby na potwierdzenie jego słów coś zabeczało z rogu sieni. Z pewnością jedna z tych dwóch uroczych wspomnianych pań. – Ach... i nie miałem czasu przyglądać się Twoim bliznom, wybacz. Były pilniejsze sprawy na mojej głowie. – dodał i nabrał zupę znowu by na nią podmuchać i w końcu być może zaaplikować swojemu pacjentowi.