Wydawał się bardzo spokojny – niemal znudzony – gdy obojętnie leniwym krokiem przemierzał bogato zdobioną posadzkę Ministerstwa. W rzeczywistości marzył jedynie o chwili, w której mógł opuścić rozległy gmach, zaczerpnąć nieco świeżego powietrza i zaszyć się w pracowni, która ostatnimi czasy stanowiła najlepszą kryjówkę. Dzisiaj jednak, wyjątkowo niechętnie pojawił się tutaj, by dopełnić obowiązków nałożonych na barki przez ojca – i przy okazji sprawdzić coś jeszcze; upewnić się, czy on i Deborah nadal tkwili w pułapce „cichych dni”.
Spędził około godziny – ciężkiej, wyczerpującej i srogo czerpiącej z jego marnych pokładów cierpliwości – w towarzystwie wuja. Pewne sprawy rodziny sięgały nawet do Ministerstwa, a Pollux już od dawna powierzał niektóre aspekty – w tym te finansowe – w ręce jedynego syna. Zwykle Caesarius Burke stanowił wdzięcznego towarzysza pogawędek o wszystkim i o niczym, dlatego też ze zdwojoną siłą unikał rozmów o sprawach zgoła poważniejszych. Ministerstwo było jedynym miejscem, z którego wuj nie mógł uciec i wymówić się pracą, więc złapanie go tutaj było planem idealnym. Elijah nie spodziewał się jedynie tego, że owa rozmowa sprawiła, iż sam miał ochotę stąd wyjść; im szybciej, tym lepiej. Niemniej, pociągnął wuja do pewnej finansowej odpowiedzialności za spartaczoną ostatnimi czasy decyzję biznesową, i nie czekając na dalsze, mętne wyjaśnienia, opuścił jego gabinet.
Przez chwilę stał na korytarzu, odpowiadając na liczne powitania czarodziejów z uśmiechem przyklejonym do ust, jednocześnie ważąc w dłoni niewielką teczkę z dokumentami. Stoczył pozbawioną słów batalię ze samym sobą – zostać czy wracać?
Naciskać czy odpuścić?
Nie zarejestrował momentu, w którym nogi same obrały kierunek w stronę gabinetu należącego do żony. Decyzja zapadła, nim dobrze rozważył wszelkie za i przeciw; kierowany impulsem silniejszym od niego samego, gotowy do ostatecznego zażegnania sporu, który przecież sam rozpoczął.
- Dzień dobry Nancy! Zastałem panią Burke? – przywitał się uprzejmie, częstując wyraźnie zaskoczoną asystentkę pełnym uroku uśmiechem.
- Zapamiętał pan moje imię? – wypaliła, i zaraz pokręciła głową, jakby próbowała odegnać onieśmielenie. – Bardzo mi przykro, ale jeszcze trwa rozprawa, i naprawdę nie jestem pewna ile…
- Nie szkodzi, zaczekam. Może w tym czasie opowiesz mi, dlaczego praca u mojej żony to spełnienie twoich marzeń? Albo największy koszmar, jak wolisz.
Kupił ją do końca swobodą, miłym brzmieniem głosu, żartem wtrącanym raz za razem; reszta rozmowy minęła gładko i bez zbędnych potknięć. Miło było przypomnieć sobie, że nie stracił jeszcze wprawy, że potrafił z lekkością zmanipulować uczciwą i rzetelną pracownicę. Oczywiście chodziło tylko o niewinne, biurowe ploteczki; Nancy jednak okazała się na tyle wdzięczną rozmówczynią, że w pewnym momencie zaśmiał się z jej rewelacji całkiem szczerze.
I, oczywiście, w tej właśnie chwili przybyła Deborah.
Nie był idiotą; słyszał charakterystyczny stukot jej szpilek wcześniej, tak samo jak wyczuł intensywną woń uwielbianych przez niego perfum. Wyprostował się i udał zaskoczenie na widok żony, zupełnie jakby przyłapała go na czymś nieodpowiednim; uśmiech nie zniknął z ust, ale w oczach pojawiła się czujność.
- Obawiam się, że to opóźnienie wynika z mojej winy – wtrącił lekko, chociaż na Nancy już wcale nie patrzył; obsydianowe tęczówki utkwione były w pięknej twarzy Deborah. – Nancy była na tyle uprzejma, że dotrzymała mi towarzystwa na czas twojej nieobecności.
Jakież to było rycerskie, jak niepotrzebne; ale jednocześnie nie potrafił się opamiętać, ciągnąc ten teatr dobrych manier. Finalnie gdy asystentka zerwała się do pracy, a on usłyszał pytanie żony, początkowo chciał powiedzieć coś zupełnie innego.
Czy możemy o tym zapomnieć?
Przepraszam, zachowałem się jak idiota
Porozmawiajmy na spokojnie
- Zapomniałaś, że umówiłaś na dzisiaj rozmowy potencjalnych opiekunek dla Alexandra? Zgłosiły się trzy kandydatki, nie wiem, czy pierwotnie też tyle było – znacząco podniósł rękę dzierżącą cienką teczkę z dokumentami. – W każdym bądź razie zapytałem o wszystko, o czym wspominałaś. Doświadczenie w pracy z dziećmi, rekomendacje od poprzednich rodzin, ukończone kursy. Pomyślałem, że sama zechcesz zobaczyć, zanim podejmiemy decyzję.
Rzeczowo, bez emocji, bardzo grzecznie – jak wszystko, co robili w ostatnich dniach.
- Masz czas na lunch?
Zagaił uprzejmie, nie pozwalając ani na chwilę, by padła między nimi cisza. Jednocześnie nadal się uśmiechał, nadal nie odrywał od niej wzroku; podobnie jak żona, zdawał sobie sprawę z obecności wścibskich gapiów. Nie był to ani czas, ani miejsce na małżeńskie spory – chociaż Burke nie tracił cichej nadziei, że dzisiaj uda im się nieco załagodzić napięcie.