22.03.2024, 12:24 ✶
Nie obiecywała, że zrobi wszystko. Nie lubiła składać obietnic bez pokrycia, a chociaż parę lat temu może wygłosiłaby taką bez wahania, to ostatnie dwa lata nauczyły ją, że wszystko to bardzo, bardzo dużo. Mogła wydawać się zawsze wesoła i pozytywnie nastawiona, ale z nich dwóch to Olivia była większą optymistką, bo za pogodą ducha Brenny, choć wcale nie udawaną, kryły się chłodna kalkulacja i świadomość tego, że nie zawsze wszystko idzie tak, jak sobie tego życzysz.
Nie była więc skłonna zrobić wszystkiego.
Ale całkiem wiele.
*
Ruszyła za Olivią po schodach na górę, a gdy słońce padło na jej twarz, odetchnęła z ulgą. Dopiero teraz uświadomiła sobie, jak zimno było w podziemiach: nie była pewna, czy chodziło o temperaturę i wilgoć, czy może o obecność duchów, wionący od nich chłód limbo i coś jeszcze. Ten dreszcz wynikający nie z chłodu zewnętrznego, a z myśli o ich historii i o uwięzieniu po tej stronie istnienia.
Brenna w tej chwili bardzo doceniała, że żyje. Że czuje to ciepło, zapach róż z pobliskiego krzewu, nierówność potrzaskanego bruku dziedzińca pod stopami.
Tutaj i teraz. Jakby właśnie otarła się o śmierć, chociaż przecież nie zrobiły absolutnie nic niebezpiecznego i przynajmniej w tej sprawie nie planowały niczego groźnego.
Choć... w pewnym sensie padł na nie przecież cień śmierci.
- Posiadłość wciąż należy do siostrzeńca Jasmine, więc można spróbować się z nim skontaktować. Albo od razu spróbować w Beamish lub w archiwach Parkinsonów: na pewno mają tam informację, czy otworzono tam jakieś muzeum, i coś o tych rodzinach, kupca i Dylana - powiedziała, gdy Olivia przywołała ją do rzeczywistości pytaniami. - Mam jeszcze jakieś... dwie, trzy godziny - mruknęła, zerkając na zegarek. Potem musiała wracać do Doliny i zabrać się za szykowanie jutrzejszej imprezy, bo jutro rano nie zdąży przecież ze wszystkim. W dwie godziny dało się jednak zrobić całkiem sporo. - Możemy razem skoczyć do biblioteki albo ja napiszę do syna Mercy, a ty zajmiesz się biblioteką? Czy od razu odwiedzamy Beamish?
Nie była więc skłonna zrobić wszystkiego.
Ale całkiem wiele.
*
Ruszyła za Olivią po schodach na górę, a gdy słońce padło na jej twarz, odetchnęła z ulgą. Dopiero teraz uświadomiła sobie, jak zimno było w podziemiach: nie była pewna, czy chodziło o temperaturę i wilgoć, czy może o obecność duchów, wionący od nich chłód limbo i coś jeszcze. Ten dreszcz wynikający nie z chłodu zewnętrznego, a z myśli o ich historii i o uwięzieniu po tej stronie istnienia.
Brenna w tej chwili bardzo doceniała, że żyje. Że czuje to ciepło, zapach róż z pobliskiego krzewu, nierówność potrzaskanego bruku dziedzińca pod stopami.
Tutaj i teraz. Jakby właśnie otarła się o śmierć, chociaż przecież nie zrobiły absolutnie nic niebezpiecznego i przynajmniej w tej sprawie nie planowały niczego groźnego.
Choć... w pewnym sensie padł na nie przecież cień śmierci.
- Posiadłość wciąż należy do siostrzeńca Jasmine, więc można spróbować się z nim skontaktować. Albo od razu spróbować w Beamish lub w archiwach Parkinsonów: na pewno mają tam informację, czy otworzono tam jakieś muzeum, i coś o tych rodzinach, kupca i Dylana - powiedziała, gdy Olivia przywołała ją do rzeczywistości pytaniami. - Mam jeszcze jakieś... dwie, trzy godziny - mruknęła, zerkając na zegarek. Potem musiała wracać do Doliny i zabrać się za szykowanie jutrzejszej imprezy, bo jutro rano nie zdąży przecież ze wszystkim. W dwie godziny dało się jednak zrobić całkiem sporo. - Możemy razem skoczyć do biblioteki albo ja napiszę do syna Mercy, a ty zajmiesz się biblioteką? Czy od razu odwiedzamy Beamish?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.