22.03.2024, 13:27 ✶
Chciała dobrze i to był jeden z nielicznych faktów, który faktycznie powstrzymywał Erika przed tym, aby sprowadzić siostrę na ziemię. I wbrew pozorom, pomimo tego, że się przemęczała i zapewne ledwo była w stanie w ciągu dnia przespać kilka godzin, tak dalej osiągała świetne wyniki. Nie zostawiała ludzi w potrzebie i doprowadzała sprawy do końca, bez względu na to, czy dotyczyły one ich wspólnych znajomych, rodziny, pracy czy kwestii Zakonu Feniksa.
Nawet gdyby zdołał ją od tego odsunąć, to nigdy nie znalazłby godnego zastępstwa. Może i bywał arogancki, ale wiedział jedno: nie był Brenną. Ta dziewczyna była jedyna w swoim rodzaju i jeśli miała dalej robić swoje, to musiał ją wspierać pomimo upartych głosów w głowie podpowiadających mu, że powinien ją przykuć do kaloryfera w piwnicy. W przeciwnym wypadku świat stałby się dużo smutniejszym miejscem.
— A ciebie sytuacja koniec końców i tak zmusiła do tego, żeby opuścić las — zwrócił uwagę Erik, mimowolnie porównując Brennę i siebie do Samuela i jego matki. — Gdybyś częściej wychodził z Kniei, teraz miałbyś łatwiej, bo miałbyś lepsze rozeznania z resztą świata. Przynajmniej w skali wioski.
Gdyby odseparował siostrę od każdego potencjalnego źródła ryzyka, to w pewnym momencie i tak by uciekła z tego więzienia. Zwłaszcza że zew działania mógł być potężny, biorąc pod uwagę obecność Śmierciożerców i ich sympatyków w kraju. Teraz gdy faktycznie Brenna była w polu i działała, zdobywała doświadczenie. Narażała się, ale też przyzwyczajała do pewnych schematów, tego, jak wyglądają starcia, czego spodziewać się po przeciwniku. Jeśli dojdzie do jeszcze większej eskalacji... Będzie miała łatwiej. Nieprzyjemna myśl, ale logiczna.
Westchnął cicho. Może gdyby nie świat poza głuszą, gdyby nie Brenna i inne poznane osoby, Samuela faktycznie można było podsumować jakoś dziwaka z lasu, łatwo zaszufladkować i zapomnieć o sprawie. Ale tak nie było. Może i zrobił to wbrew sobie, ale opuścił Knieję i faktycznie wznosił fundamenty nowego życia. O tym jak bardzo tymczasowe miały one być, główny zainteresowany miał się dopiero przekonań, podobnie jak wszystkie dopingujące go w tym osoby. A jednak Erika bolało to, że nie znalazł w wiosce zrozumienia.
— Czysto teoretycznie? — Uniósł pytająco brwi. Westchnął cicho, mając wrażenie, że nie wyświadcza mu tymi słowami zbyt dużej przysługi. — Ponoć stabilizacja finansowa zaczyna się, gdy masz wystarczająco dużo pieniędzy, aby utrzymać swoje lokum i siebie przez trzy miesiące bez wykonywania jakiejkolwiek pracy. To taka poduszka pieniężna, na wypadek, gdyby człowiekowi powinęła się noga.
Czy to chciał od niego usłyszeć? Konkretną liczbę, nawet jeśli sam najpierw musiał przeliczyć dokładną sumę w głowie na podstawie tego, jak obecnie żył? Erik stłumił w sobie westchnienie. Takiej odpowiedzi mógł udzielić komuś, kto miał nieco bardziej wyklarowaną sytuację życiową. Samuel, chociaż zaczepił się w Dolinie Godryka, nie do końca takową miał. I to nie była stricte jego wina. Ciężko było oczekiwać od chłopca z Kniei, że w mig dopasuje się do większej społeczności, skoro przez tyle lat ledwo wyściubił nos za skraj lasu.
— Tyle że... Zrozumienie, ile faktycznie potrzebujesz, przychodzi z czasem, Sam. Pieniądze, cóż... Niby szczęścia nie dają, ale bardzo dużo ułatwiają. Każdy człowiek ma inne priorytety. Jednej sobie tysiąc galeonów wystarczy na ponad pół roku, a ktoś inny rozpuści to w kilka dni lub tygodni. — Ścisnął lekko ramię mężczyzny. — Wiem, że w Kniei było prościej, ale to nie znaczy, że było lepiej. Było po prostu inaczej. Tak jak teraz tutaj jest inaczej. Przywykniesz do tego. Może zajmie ci długo, może krótko, ale uda ci się. Nikt nie oczekuje też, że w ciągu kilku tygodni wszystko sobie poukładasz. Małe kroki, osiągalne cele. Wymiana narzędzi, wyremontowania jakiejś szopy na warsztat. Najpierw wznosisz fundamenty, a potem stawiasz dom.
Może i serce Samuela było w Kniei, ale co rusz wyciągał ręce w stronę większego świata. Bolało go to, że zamiast akceptacji spotkała go szykana. A widział przecież, że jego dusza wyrywa się do innych. Na początku wydawał się mrukiem, niezainteresowanym towarzystwem innych ludzi, a otworzył się szybciej, niż Erik mógłby przewidzieć. Tak nie zachowywał się człowiek, który faktycznie chciał wrócić do swojej samotni przy pierwszej możliwej okazji. Był trochę, jak ryba wyrzucona z wody, która za wszelką cenę chce wrócić do rzeki, bo to jedyne środowisko, jakie zna. Tylko że w tym porównaniu Samuel był rybą, która równie dobrze mogłaby komfortowo żyć na lądzie i poznawać jego tajemnice.
— I nikt nie powinien oceniać czy jesteś kimś na podstawie grubości portfela. Bycie ''kimś'' to nie kwestia bogactwa, ale spełnienia i poczucia własnej wartości. — Akurat tutaj mógł mówić prosto z mostu, a sądząc po komentarzach Samuela na temat stałych bywalców tawerny Lizzy, podejrzewał, kto mógł rzucać w jego stronę podobnymi stwierdzeniami. — Poza tym, z włosami nie jest tak źle. Przynajmniej wiesz, że możesz ja zapuścić i będzie to miało ręce i nogi. — Trącił go lekko ramieniem. — A zarost podobno dodaje powagi.
Nawet gdyby zdołał ją od tego odsunąć, to nigdy nie znalazłby godnego zastępstwa. Może i bywał arogancki, ale wiedział jedno: nie był Brenną. Ta dziewczyna była jedyna w swoim rodzaju i jeśli miała dalej robić swoje, to musiał ją wspierać pomimo upartych głosów w głowie podpowiadających mu, że powinien ją przykuć do kaloryfera w piwnicy. W przeciwnym wypadku świat stałby się dużo smutniejszym miejscem.
— A ciebie sytuacja koniec końców i tak zmusiła do tego, żeby opuścić las — zwrócił uwagę Erik, mimowolnie porównując Brennę i siebie do Samuela i jego matki. — Gdybyś częściej wychodził z Kniei, teraz miałbyś łatwiej, bo miałbyś lepsze rozeznania z resztą świata. Przynajmniej w skali wioski.
Gdyby odseparował siostrę od każdego potencjalnego źródła ryzyka, to w pewnym momencie i tak by uciekła z tego więzienia. Zwłaszcza że zew działania mógł być potężny, biorąc pod uwagę obecność Śmierciożerców i ich sympatyków w kraju. Teraz gdy faktycznie Brenna była w polu i działała, zdobywała doświadczenie. Narażała się, ale też przyzwyczajała do pewnych schematów, tego, jak wyglądają starcia, czego spodziewać się po przeciwniku. Jeśli dojdzie do jeszcze większej eskalacji... Będzie miała łatwiej. Nieprzyjemna myśl, ale logiczna.
Westchnął cicho. Może gdyby nie świat poza głuszą, gdyby nie Brenna i inne poznane osoby, Samuela faktycznie można było podsumować jakoś dziwaka z lasu, łatwo zaszufladkować i zapomnieć o sprawie. Ale tak nie było. Może i zrobił to wbrew sobie, ale opuścił Knieję i faktycznie wznosił fundamenty nowego życia. O tym jak bardzo tymczasowe miały one być, główny zainteresowany miał się dopiero przekonań, podobnie jak wszystkie dopingujące go w tym osoby. A jednak Erika bolało to, że nie znalazł w wiosce zrozumienia.
— Czysto teoretycznie? — Uniósł pytająco brwi. Westchnął cicho, mając wrażenie, że nie wyświadcza mu tymi słowami zbyt dużej przysługi. — Ponoć stabilizacja finansowa zaczyna się, gdy masz wystarczająco dużo pieniędzy, aby utrzymać swoje lokum i siebie przez trzy miesiące bez wykonywania jakiejkolwiek pracy. To taka poduszka pieniężna, na wypadek, gdyby człowiekowi powinęła się noga.
Czy to chciał od niego usłyszeć? Konkretną liczbę, nawet jeśli sam najpierw musiał przeliczyć dokładną sumę w głowie na podstawie tego, jak obecnie żył? Erik stłumił w sobie westchnienie. Takiej odpowiedzi mógł udzielić komuś, kto miał nieco bardziej wyklarowaną sytuację życiową. Samuel, chociaż zaczepił się w Dolinie Godryka, nie do końca takową miał. I to nie była stricte jego wina. Ciężko było oczekiwać od chłopca z Kniei, że w mig dopasuje się do większej społeczności, skoro przez tyle lat ledwo wyściubił nos za skraj lasu.
— Tyle że... Zrozumienie, ile faktycznie potrzebujesz, przychodzi z czasem, Sam. Pieniądze, cóż... Niby szczęścia nie dają, ale bardzo dużo ułatwiają. Każdy człowiek ma inne priorytety. Jednej sobie tysiąc galeonów wystarczy na ponad pół roku, a ktoś inny rozpuści to w kilka dni lub tygodni. — Ścisnął lekko ramię mężczyzny. — Wiem, że w Kniei było prościej, ale to nie znaczy, że było lepiej. Było po prostu inaczej. Tak jak teraz tutaj jest inaczej. Przywykniesz do tego. Może zajmie ci długo, może krótko, ale uda ci się. Nikt nie oczekuje też, że w ciągu kilku tygodni wszystko sobie poukładasz. Małe kroki, osiągalne cele. Wymiana narzędzi, wyremontowania jakiejś szopy na warsztat. Najpierw wznosisz fundamenty, a potem stawiasz dom.
Może i serce Samuela było w Kniei, ale co rusz wyciągał ręce w stronę większego świata. Bolało go to, że zamiast akceptacji spotkała go szykana. A widział przecież, że jego dusza wyrywa się do innych. Na początku wydawał się mrukiem, niezainteresowanym towarzystwem innych ludzi, a otworzył się szybciej, niż Erik mógłby przewidzieć. Tak nie zachowywał się człowiek, który faktycznie chciał wrócić do swojej samotni przy pierwszej możliwej okazji. Był trochę, jak ryba wyrzucona z wody, która za wszelką cenę chce wrócić do rzeki, bo to jedyne środowisko, jakie zna. Tylko że w tym porównaniu Samuel był rybą, która równie dobrze mogłaby komfortowo żyć na lądzie i poznawać jego tajemnice.
— I nikt nie powinien oceniać czy jesteś kimś na podstawie grubości portfela. Bycie ''kimś'' to nie kwestia bogactwa, ale spełnienia i poczucia własnej wartości. — Akurat tutaj mógł mówić prosto z mostu, a sądząc po komentarzach Samuela na temat stałych bywalców tawerny Lizzy, podejrzewał, kto mógł rzucać w jego stronę podobnymi stwierdzeniami. — Poza tym, z włosami nie jest tak źle. Przynajmniej wiesz, że możesz ja zapuścić i będzie to miało ręce i nogi. — Trącił go lekko ramieniem. — A zarost podobno dodaje powagi.
the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞