Światło, które miało moc wślizgnąć się niemal wszędzie, jeśli tylko dać mu taką okazję, jeśli tylko zrobić szczelinę, pokazywało ludziom to, czego częstokroć zobaczyć nie chcieli. Cały ten brud pod dywanem. Te trupy zamknięte w szafie. Te sznurki, na których wisiały marionetki zwane dalej ludźmi. Dopiero wtedy, kiedy przestajesz się światłem zachwycać i jego ciepłem dociera do ciebie, jak wiele mogło przynieść szkód - głównie tobie samemu. Jakie będzie miało znaczenie to, co zobaczy Laurent i co się z nim stanie, kiedy największym zagrożeniem będzie to, że te plany, te sekrety, zostaną wyciągnięte i coś będzie ci groziło? Czy dojdzie wtedy do kolizji, która rozbije świat na kilka części? Zastój, bezruch, próba wyceny, co zrobi druga strona. Czy teraz mogę zaufać, kiedy prawda padła? Teraz jest już satysfakcja z objawionych faktów? Brakujące elementy układanki, które Laurent ignorował, a większości nawet nie wiedział. Bo przecież myśl o tym, że leży na Śmierciożercy byłaby zbyt przerażająca, żeby w nią uwierzyć. Że przytula się do osoby, której dłonie zadały tyle bólu i śmierci, że chyba pozostałoby tylko wymiotować od krwi, która w niewidzialnym woalu okrywała palce.
- Pamiętał... tak... - Uśmiechnął się, przymykając oczy. Żeby o czymś pamiętać to jeszcze trzeba o tym wiedzieć. Pewnie Victoria by wiedziała. W końcu kiedy przychodziło do otaczania się kwiatami to róże i słoneczniki były chyba pierwszym wyborem, po jaki by sięgnął, nawet jeśli te dwa kwiaty nie komponowały się ze sobą w jednym bukiecie. Ojciec by nie miał pojęcia. Macocha by pewnie jeszcze podziękowała Bogu nad jego grobem, że to już, że W KOŃCU nie będzie musiała oglądać jego twarzy. Brenna na pewno przyniosłaby pięęękny wieniec. Jeden wianek od niej stał się teraz ozdobą jadalni, którą mieli za plecami - stał się częścią tworzącą lampion. Bez magii transmutacji nie wyglądałoby to nawet w połowie tak dobrze. I przede wszystkim kwiaty by zwiędły. A tak ciągle kwitły i ich łagodny zapach mieszał się tu z morskim tchnieniem.
- No dobrze. - Powoli się podniósł i odetchnął. Automatycznie jego palce zaczęły przesuwać się po platynowych kosmykach, żeby je ułożyć. To było już naprawdę machinalne - konieczność wyglądania dobrze niezależnie od tego, czy przed chwilą ktoś ci te włosy wyszarpał, czy może parę kosmyków się przestawiło od zwykłego leżenia. - Przepraszam, robię się bardziej pesymistyczny, kiedy jestem zmęczony. - Bo ciągle ciążyły mu negatywy i brak wiary na głowie, a kiedy nie miało się siły traciło się też panowanie nad tym, żeby udawać, że jest inaczej. Ale to proste pocieszenie, banalne wręcz, było miłe. Naprawdę miłe. Bo tak, miał rację, ktoś pewnie będzie pamiętał. - Dziękuję. Miałem naprawdę wspaniały dzień. - Taki... szokująco prosty i jednocześnie szokująco magiczny w tej prostocie. Taki... taki, który sprawił, że poczucie szacunku wobec jego osoby i dowartościowania malowały burość i szarość różową pastelą. Nie miały szans zamalować jej całej, ale przynajmniej pojawiło się coś nowego.