To było tak bardzo surrealistyczne. Nienaturalnie wysoka trawa i olbrzymi niedźwiedź, który jeszcze przed chwilą był zbliżonej do mnie postury człowiekiem. Jak cudownie musiało być hasać pod postacią takiej bestii. Być największym i najsilniejszym w okolicy. Animagia to niesamowita zdolność, ale słyszałam, że bardzo trudna do opanowania. A naprawdę nie chciałabym zmarnować czasu na jej naukę, gdyby się okazało, że zamieniałabym się w takiego świerszcza albo mrówkę. Na pewno każde zwierzę miało jakieś zalety do wykorzystania, ale nie oszukujmy się, przykro byłoby odkryć, że się zamienia w insekta.
Obserwowałam jak Samuel niszczy gnomy. Trochę przerażające było myśleć, co teraz dzieje się w trawie. Jego wielkie łapy mogły miażdżyć gnomy jak moje palce komary. Czy teraz będę natykać się na rozgniecione ciała gnomów? Paskudztwo. Ja tego nie będę sprzątać.
Właśnie biegł tuż obok mnie i zaryczał przeraźliwie, aż skuliłam się w sobie... Po czym zobaczyłam nienarodzonych jeszcze braci Mroczków przed oczami, gdy oberwałam niedźwiedzią głową. Niesamowita porcja zaskoczenia zneutralizowała fizyczny ból, jaki oberwała lewa górna część mojego ciała. Poczułam tylko podskok zszokowanego serca. Zatoczyłam się, starając złapać równowagę. Moje ręce uwiesiły się ramion Samuela, kurczowo usiłując zachować pozycję pionową, jakby od tego zależało moje życie.
Wydałam dźwięk zdziwienia, gdy zaczął mnie przepraszać. Ależ dlaczego, przecież to ja, jak głupia nie odsunęłam się od szarżującego niedźwiedzia.
— Doprawdy, przeca nic złego nie zrobiłeś. Ja się jak pierdoła nie odsunęłam w porę... — wylałam z siebie polskie słowa, brzmiące zupełnie jak szelest pobliskich drzew.