22.03.2024, 22:58 ✶
Inna rodzina pchnęłaby ją bez wątpienia w innym kierunku. Ale pewne rzeczy nie były uzależnione tylko od wychowania – i pewnie w wielu prędzej czy później musiałyby wybuchnąć, przynajmniej w przypadku Brenny. Na swoje szczęście ród, w którym przyszła na świat, wymagał od niej sporo, ale nakładane ramy pozwalały na wiele swobody, a co więcej – była nieodrodną córką swego ojca pod pewnymi względami, i dzieckiem matki pod innymi, więc spełnienie tych oczekiwań, jakie wobec niej mieli, nie nastręczało jej kiedyś trudności.
Teraz może było inaczej, ale… trwała przecież wojna.
Wojna zdawała się jednak bardzo daleka, gdy szli w ciepły, letni dzień przez słoneczną Dolinę Godryka, a Brenna w swoich wypłowiałych spodniach, ściętych nad kolanami, i brudnych trampkach, nie wyglądała na kogoś, kto kiedykolwiek musiał do czegokolwiek się dostosować czy bywać na salonach. A przecież bywała na nich całkiem często.
– Och, bogowie, nie mów tego, gdyby znalazł się w pobliżu – roześmiała się. Nie oburzyła się, bo oburzała się bardzo rzadko, chociaż ona akurat była kobietą, która nie miała nic przeciwko sukienkom i kosmetykom, ale jednocześnie od dziecka uczyła się szermierki i w pracy poniewierała po najpaskudniejszych zakątkach Londynu. – Chłopak i tak ma problemy z pewnością siebie, jeszcze wziąłby sobie to do serca. Dlaczego to miałby być kobiecy przedmiot? Ma zieloną rękę do roślin, doskonale sobie z tym radzi. W domu ziołami zajmuje się… moja daleka krewna, Dora i Franky właśnie. Ja z zielarstwem skończyłam w Hogwarcie, zdałam egzaminy, ale od tamtego czasu co najwyżej podlewam roślinki w doniczkach. I to też nie za często, bo jeszcze coś im zepsuję albo co… Hm, u was ziołami zajmują się tylko kobiety? Jeżeli tak, to owszem, różnica – przyznała. Nie miała pojęcia, jak wyglądała edukacja w rosyjskiej szkole i nigdy nie przyszłoby jej do głowy, że mogą istnieć tam jakieś podziały. Jasne, w Anglii też niekiedy patrzono krzywo na kobiety, które imały się „męskich” zajęć, ale może ze względu na kult bogini matki, może na to, że Hogwart niegdyś założyło dwóch mężczyzn i dwie kobiety, nie było to aż tak zauważalne.
– Tak. Godryk Gryffindor, Salazar Slytherin, Rowena Ravenclaw, Helga Hufflepuff – wyrecytowała Brenna po kolei, unosząc dłoń i odginając kolejne palce, co mogło wyglądać dość śmiesznie, jakby nagle nie potrafiła doliczyć do czterech. Było to wręcz odrobinę dziwne, zetknąć się z kimś, kto nie znał tej historii, na której dorastały właściwie wszystkie dzieci z czarodziejskich rodzin Anglii. – Czy jak śpiewała Tiara w jednej piosence „Śmiały Gryffindor z wrzosowisk, piękna Ravenclaw z górskich hal, sprytny Slytherin z trzęsawisk, słodka Hufflepuff z Dolin Dna… te wrzosowiska są właśnie tutaj. Podobno w tej Dolinie się urodził i wychował, zanim powstało tutaj miasteczko, wciąż mieszkają tutaj jego potomkowie… …ona na przykład. -… i… gdybym za dużo gadała to mi walnij – oświadczyła, dość nagle przerywając opowieść, czy raczej pozwalając sobie na „wcięcie”, bo przyszło jej do głowy, że Kol może czuć się trochę przytłoczony. W Hogwarcie nie miała tyle litość wobec nowo poznanych osób, ale teraz nabyła nieco odwagi. – O, są szklarnie.
„Szklarnie” okazały się „szklarnią”. Stosunkowo niedużym, przeszklonym budynkiem, pozornie nie różniącym się niczym od tych mugolskich. Były to jednak tylko pozory – dopiero po wejściu miało się okazać, dlaczego Sproutowie słyną ze swojej hodowli nie tylko w Dolinie Godryka, ale wręcz na całą anglię.
Teraz może było inaczej, ale… trwała przecież wojna.
Wojna zdawała się jednak bardzo daleka, gdy szli w ciepły, letni dzień przez słoneczną Dolinę Godryka, a Brenna w swoich wypłowiałych spodniach, ściętych nad kolanami, i brudnych trampkach, nie wyglądała na kogoś, kto kiedykolwiek musiał do czegokolwiek się dostosować czy bywać na salonach. A przecież bywała na nich całkiem często.
– Och, bogowie, nie mów tego, gdyby znalazł się w pobliżu – roześmiała się. Nie oburzyła się, bo oburzała się bardzo rzadko, chociaż ona akurat była kobietą, która nie miała nic przeciwko sukienkom i kosmetykom, ale jednocześnie od dziecka uczyła się szermierki i w pracy poniewierała po najpaskudniejszych zakątkach Londynu. – Chłopak i tak ma problemy z pewnością siebie, jeszcze wziąłby sobie to do serca. Dlaczego to miałby być kobiecy przedmiot? Ma zieloną rękę do roślin, doskonale sobie z tym radzi. W domu ziołami zajmuje się… moja daleka krewna, Dora i Franky właśnie. Ja z zielarstwem skończyłam w Hogwarcie, zdałam egzaminy, ale od tamtego czasu co najwyżej podlewam roślinki w doniczkach. I to też nie za często, bo jeszcze coś im zepsuję albo co… Hm, u was ziołami zajmują się tylko kobiety? Jeżeli tak, to owszem, różnica – przyznała. Nie miała pojęcia, jak wyglądała edukacja w rosyjskiej szkole i nigdy nie przyszłoby jej do głowy, że mogą istnieć tam jakieś podziały. Jasne, w Anglii też niekiedy patrzono krzywo na kobiety, które imały się „męskich” zajęć, ale może ze względu na kult bogini matki, może na to, że Hogwart niegdyś założyło dwóch mężczyzn i dwie kobiety, nie było to aż tak zauważalne.
– Tak. Godryk Gryffindor, Salazar Slytherin, Rowena Ravenclaw, Helga Hufflepuff – wyrecytowała Brenna po kolei, unosząc dłoń i odginając kolejne palce, co mogło wyglądać dość śmiesznie, jakby nagle nie potrafiła doliczyć do czterech. Było to wręcz odrobinę dziwne, zetknąć się z kimś, kto nie znał tej historii, na której dorastały właściwie wszystkie dzieci z czarodziejskich rodzin Anglii. – Czy jak śpiewała Tiara w jednej piosence „Śmiały Gryffindor z wrzosowisk, piękna Ravenclaw z górskich hal, sprytny Slytherin z trzęsawisk, słodka Hufflepuff z Dolin Dna… te wrzosowiska są właśnie tutaj. Podobno w tej Dolinie się urodził i wychował, zanim powstało tutaj miasteczko, wciąż mieszkają tutaj jego potomkowie… …ona na przykład. -… i… gdybym za dużo gadała to mi walnij – oświadczyła, dość nagle przerywając opowieść, czy raczej pozwalając sobie na „wcięcie”, bo przyszło jej do głowy, że Kol może czuć się trochę przytłoczony. W Hogwarcie nie miała tyle litość wobec nowo poznanych osób, ale teraz nabyła nieco odwagi. – O, są szklarnie.
„Szklarnie” okazały się „szklarnią”. Stosunkowo niedużym, przeszklonym budynkiem, pozornie nie różniącym się niczym od tych mugolskich. Były to jednak tylko pozory – dopiero po wejściu miało się okazać, dlaczego Sproutowie słyną ze swojej hodowli nie tylko w Dolinie Godryka, ale wręcz na całą anglię.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.