23.03.2024, 10:03 ✶
To, czy ułożyła sobie życie czy nie, było kwestią dyskusyjną. Bo miała przecież stabilną pracę, a nawet dwie, miała jako-takie życie prywatne. Po prostu brakowało w tej całej układance partnera i ewentualnie dzieci. I chociaż mogło się wydawać, że kobiety ze szlachetnych rodów powinny determinować swoje jestestwo mężem i dziećmi, to Camille zdawała się mieć inne wartości. Była ambitna, najlepsze lata na ewentualne macierzyństwo poświęciła samorozwojowi - teraz być może po prostu było za późno na to, by zmieniać zdanie. Bo nie mogła pozwolić sobie na przerwę w karierze, zaprzepaściłaby wszystko. Być może chodziło o to. A być może o to, że po prostu nie widziała siebie u boku innego mężczyzny, niż Laurence.
- Dokonałeś swojego wyboru - powiedziała, zaciskając dłonie na teczkach. Tak mocno, że aż skóra na nich zbielała, a kartki i karton wygięły się niebezpiecznie. Wraz z kolejnymi jego słowami, Camille odczuwała... Sama nie wiedziała, co konkretnie. Radość? Przerażenie? Albo obie te emocje. Ale było też coś jeszcze: dyskomfort. Byli przecież w szpitalu, tu wciąż kręcili się ludzie. Nie tylko pacjenci, ale i pracownicy. A tyle lat unikała plotek, że po prostu nie mogła pozwolić sobie na to, żeby teraz wścibska sprzątaczka czy początkujący uzdrowiciel ich podsłuchał. Uniosła więc dłoń. - Nie tutaj.
Syknęła, mrużąc oczy, w których odbiła się irytacja. Co on sobie w ogóle wyobrażał? Że tak po prostu zaskoczy ją w pracy, wyzna miłość i ona wpadnie mu w ramiona, na oczach tych wszystkich ludzi? Bo właśnie zza winkla wychodziła jakaś kobieta, młodziutka, w towarzystwie jednego z uzdrowicieli. Wyglądała, jakby była jeszcze na stażu. Starszy uzdrowiciel skinął im głową, a w jego oczach mignęła ciekawość. Och, cudownie, tylko tego jej brakowało.
- Nie mam zamiaru rozmawiać z tobą na takie tematy w miejscu mojej pracy - powiedziała ostro, prostując się dumnie. To była ta granica, którą wyrysowała na nowo i tym razem nie pozwalała jej przekraczać. - Niech ci będzie. Pięć minut, gdziekolwiek wybierzesz, ale nie tutaj.
Wtedy mu powie, że nie da się przecież zacząć na nowo tej znajomości. Nie z takim bagażem doświadczeń, nie po jego wyznaniu, że wciąż ją kocha. I że popełnił błąd. Jak niby chciałby to zrobić? Jak chciałby wymazać wszystko i sprawić, że zaczną na nowo? Przecież to nie było możliwe - nawet jeśli by mu wybaczyła, to przecież czasu się nie cofnie.
Kiwnęła głową w kierunku korytarza, zaciskając mocno usta w wąską kreskę. Złość do niej nie pasowała, ale nie potrafiła jej ukryć. Laurence nadepnął jej nie na jeden, a co najmniej dwa lub trzy odciski. Mogła nie zamykać gabinetu i zaprosić go do środka, byłoby bezpieczniej, a na pewno bardziej prywatnie. A jednocześnie nie chciała tutaj rozmawiać o takich sprawach. Co poniekąd znaczyło, że na samą rozmowę była otwarta, bo przecież nie pogoniła go w diabły, tylko powiedziała, że dostanie pięć minut jej czasu. Wiedziała, że jest wdowcem - słyszała o śmierci jego żony. Słyszała o dziecku. Słyszała o pracy w Ministerstwie. Być może sama się poniekąd dowiadywała. Ale nigdy nie zdecydowała się wtargnąć do jego życia po tej tragedii. Bo miała swoją dumę, a wpychanie się na siłę w rodzinę, która przeżyła tragedię, było poniżej jej godności i człowieczeństwa.
- Dokonałeś swojego wyboru - powiedziała, zaciskając dłonie na teczkach. Tak mocno, że aż skóra na nich zbielała, a kartki i karton wygięły się niebezpiecznie. Wraz z kolejnymi jego słowami, Camille odczuwała... Sama nie wiedziała, co konkretnie. Radość? Przerażenie? Albo obie te emocje. Ale było też coś jeszcze: dyskomfort. Byli przecież w szpitalu, tu wciąż kręcili się ludzie. Nie tylko pacjenci, ale i pracownicy. A tyle lat unikała plotek, że po prostu nie mogła pozwolić sobie na to, żeby teraz wścibska sprzątaczka czy początkujący uzdrowiciel ich podsłuchał. Uniosła więc dłoń. - Nie tutaj.
Syknęła, mrużąc oczy, w których odbiła się irytacja. Co on sobie w ogóle wyobrażał? Że tak po prostu zaskoczy ją w pracy, wyzna miłość i ona wpadnie mu w ramiona, na oczach tych wszystkich ludzi? Bo właśnie zza winkla wychodziła jakaś kobieta, młodziutka, w towarzystwie jednego z uzdrowicieli. Wyglądała, jakby była jeszcze na stażu. Starszy uzdrowiciel skinął im głową, a w jego oczach mignęła ciekawość. Och, cudownie, tylko tego jej brakowało.
- Nie mam zamiaru rozmawiać z tobą na takie tematy w miejscu mojej pracy - powiedziała ostro, prostując się dumnie. To była ta granica, którą wyrysowała na nowo i tym razem nie pozwalała jej przekraczać. - Niech ci będzie. Pięć minut, gdziekolwiek wybierzesz, ale nie tutaj.
Wtedy mu powie, że nie da się przecież zacząć na nowo tej znajomości. Nie z takim bagażem doświadczeń, nie po jego wyznaniu, że wciąż ją kocha. I że popełnił błąd. Jak niby chciałby to zrobić? Jak chciałby wymazać wszystko i sprawić, że zaczną na nowo? Przecież to nie było możliwe - nawet jeśli by mu wybaczyła, to przecież czasu się nie cofnie.
Kiwnęła głową w kierunku korytarza, zaciskając mocno usta w wąską kreskę. Złość do niej nie pasowała, ale nie potrafiła jej ukryć. Laurence nadepnął jej nie na jeden, a co najmniej dwa lub trzy odciski. Mogła nie zamykać gabinetu i zaprosić go do środka, byłoby bezpieczniej, a na pewno bardziej prywatnie. A jednocześnie nie chciała tutaj rozmawiać o takich sprawach. Co poniekąd znaczyło, że na samą rozmowę była otwarta, bo przecież nie pogoniła go w diabły, tylko powiedziała, że dostanie pięć minut jej czasu. Wiedziała, że jest wdowcem - słyszała o śmierci jego żony. Słyszała o dziecku. Słyszała o pracy w Ministerstwie. Być może sama się poniekąd dowiadywała. Ale nigdy nie zdecydowała się wtargnąć do jego życia po tej tragedii. Bo miała swoją dumę, a wpychanie się na siłę w rodzinę, która przeżyła tragedię, było poniżej jej godności i człowieczeństwa.