23.03.2024, 16:15 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 23.03.2024, 16:17 przez Brenna Longbottom.)
– Zaskoczenie? Gdybym nie uważała, już dawno byłabym martwa – oświadczyła Brenna, siadając na krześle, które dla niej odsunął. Nie trzeba było jej zachęcać dwa razy, nigdy nie należała do osób unikających cudzej obecności, przynajmniej dopóki nie zaobserwowała, że ktoś unikał jej. – Nie przeszłam. Nie chcę się tego uczyć. To znaczy, nie zrozum mnie źle, ja naprawdę lubię niektóre historie, te o Jakobinie Luksemburskiej i Elżbiecie Woodville na przykład, totalnie uwielbiam Elżbietę Woodville, ale okropnie nie cierpię dat tych buntów goblinów, i nazwisk goblińskich buntowników, i tak dalej, a wszystko jest o tych goblinach… i chyba, tak jakby, muszę zdać egzamin semestralny?
Zmarszczyła brwi, jakby się and tym zagadnieniem zastanawiała. Czy gdyby oblała ten egzamin, zatrzymaliby ją na kolejny rok? Co to w ogóle miało być, do diaska, że musiała część przedmiotów dociągnąć do SUMów, a potem mogła już z nich zrezygnować albo one mogły zrezygnować z niej – bez żadnych konsekwencji?
Uśmiechnęła się tylko lekko, kiedy oświadczył, że znokautowałaby się jakąś książką, ale zaraz jej brwi powędrowały w górę.
-„Panno Brenno?” Nie „ziemniaczku”? Och, to widzę, że poważna sprawa. Zamieniam się w słuch – oświadczyła. Podparła się łokciem o ławkę i zapatrzyła na Isaaca, w milczeniu, mimo tego, że nie rzucono na nią żadnego silenco, by wysłuchać wszystkiego, co chciał powiedzieć. A potem, kiedy skończył, też nie odezwała się od razu, dalej przez moment milczała, jak zaklęta.
Bo przyszło jej do głowy, że sprawa faktycznie była poważna.
Brenna była jeszcze trochę zbyt młoda, aby w pełni zrozumieć, na ile – miała niespełna szesnaście lat. Ale i tak wyczuwała jakąś gorycz za tymi słowami, i nie musiała być Sherlockiem Holmesem, aby się domyślać, że to nie tylko jakieś ogólne dywagacje, a że najwyraźniej państwo Bagshot mieli w jakiejś sprawie wizję nieco inną niż ich syn… Dlatego, wyjątkowo… pomyślała, zanim się odezwała.
– Hm – mruknęła z pewnym zastanowieniem. – Nigdy nie pomyślałam, że to okrutne, ale ja mam tu mnóstwo krewnych. I wracam do domu trzy razy do roku – stwierdziła, bo spędzała w Warowni nie tylko wakacje, ale też przerwę świąteczną i międzysemestralną. Tęskniła za domem, oczywiście, tęskniła za rodzicami, zwłaszcza, gdy miała te jedenaście i dwanaście lat… Ale Hogwart w pewnym sensie był drugim domem. Nie miała też żadnego dylematu w kwestii rozbieżności planów rodziców i własnych. Ona od małego wiedziała, że będzie Brygadzistką, koniec, kropka. Matka na te twarde deklaracje wzdychała, licząc, że córka zmieni zdanie, ale ojciec był bardzo zadowolony, że rodzinna tradycja będzie kontynuowana. – Ale nie wydaje mi się, żeby dało się… no wiesz, nauczyć nas wszystkiego w domach, więc to nie od końca porzucenie. Tak myślę. To znaczy, nie czuję się porzucona? I uważam, że no… skoro masz już te siedemnaście lat, to sam powinieneś zdecydować, co chcesz robić, ale rodzice mają trochę więcej lat, więc ich porady mogą się przydać, bo pewnie my robimy głupie rzeczy i plany trochę częściej niż oni…
Zmarszczyła brwi, jakby się and tym zagadnieniem zastanawiała. Czy gdyby oblała ten egzamin, zatrzymaliby ją na kolejny rok? Co to w ogóle miało być, do diaska, że musiała część przedmiotów dociągnąć do SUMów, a potem mogła już z nich zrezygnować albo one mogły zrezygnować z niej – bez żadnych konsekwencji?
Uśmiechnęła się tylko lekko, kiedy oświadczył, że znokautowałaby się jakąś książką, ale zaraz jej brwi powędrowały w górę.
-„Panno Brenno?” Nie „ziemniaczku”? Och, to widzę, że poważna sprawa. Zamieniam się w słuch – oświadczyła. Podparła się łokciem o ławkę i zapatrzyła na Isaaca, w milczeniu, mimo tego, że nie rzucono na nią żadnego silenco, by wysłuchać wszystkiego, co chciał powiedzieć. A potem, kiedy skończył, też nie odezwała się od razu, dalej przez moment milczała, jak zaklęta.
Bo przyszło jej do głowy, że sprawa faktycznie była poważna.
Brenna była jeszcze trochę zbyt młoda, aby w pełni zrozumieć, na ile – miała niespełna szesnaście lat. Ale i tak wyczuwała jakąś gorycz za tymi słowami, i nie musiała być Sherlockiem Holmesem, aby się domyślać, że to nie tylko jakieś ogólne dywagacje, a że najwyraźniej państwo Bagshot mieli w jakiejś sprawie wizję nieco inną niż ich syn… Dlatego, wyjątkowo… pomyślała, zanim się odezwała.
– Hm – mruknęła z pewnym zastanowieniem. – Nigdy nie pomyślałam, że to okrutne, ale ja mam tu mnóstwo krewnych. I wracam do domu trzy razy do roku – stwierdziła, bo spędzała w Warowni nie tylko wakacje, ale też przerwę świąteczną i międzysemestralną. Tęskniła za domem, oczywiście, tęskniła za rodzicami, zwłaszcza, gdy miała te jedenaście i dwanaście lat… Ale Hogwart w pewnym sensie był drugim domem. Nie miała też żadnego dylematu w kwestii rozbieżności planów rodziców i własnych. Ona od małego wiedziała, że będzie Brygadzistką, koniec, kropka. Matka na te twarde deklaracje wzdychała, licząc, że córka zmieni zdanie, ale ojciec był bardzo zadowolony, że rodzinna tradycja będzie kontynuowana. – Ale nie wydaje mi się, żeby dało się… no wiesz, nauczyć nas wszystkiego w domach, więc to nie od końca porzucenie. Tak myślę. To znaczy, nie czuję się porzucona? I uważam, że no… skoro masz już te siedemnaście lat, to sam powinieneś zdecydować, co chcesz robić, ale rodzice mają trochę więcej lat, więc ich porady mogą się przydać, bo pewnie my robimy głupie rzeczy i plany trochę częściej niż oni…
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.