23.03.2024, 21:04 ✶
To, że Isaac się do niej w pewnym momencie dosiadł, poniekąd ją uratowało. Olivia, mimo że została przydzielona do Ravenclaw, przez pierwszych kilka lat prześlizgiwała się z roku na rok, lecąc na naprawdę słabych ocenach. Nie to, że była głupia - bo Quirke z pewnością nie należała do osób głupich. Po prostu wkładała absolutne minimum wysiłku w przedmioty, które ją interesowały. A tak się złożyło, że aż do piątego roku, a raczej wakacji między czwartym a piątym rokiem, nie interesowało ją za bardzo nic. Owszem, miała naturalny talent do zielarstwa, ale jakoś tak nie potrafiła wykrzesać z siebie zbyt wiele entuzjazmu na zajęciach. Ale chociaż dobrze jej szło, jeśli chodzi o latanie na miotle.
Nic więc dziwnego, że rok wcześniej musiała wziąć się ostro do pracy, gdy w końcu coś zaskoczyło w jej mózgu i stwierdziła, że chce iść w ślady matki. Niemal cały piąty rok spędziła w bibliotece, podobnie jak i szósty. I to jakoś tak właśnie na szóstym zaczepił ją Isaac - który był przecież dobry z Historii Magii oraz Zaklęć i Uroków, z czego ona była kompletną nogą. Był rok starszy, miał cały materiał w małym palcu: można było powiedzieć, że spadł jej z nieba. Od słowa do słowa, od spotkania do spotkania, od jednego zadania do drugiego jakoś tak się przyzwyczaiła do jego obecności, że reszta po prostu potoczyła się swoim naturalnym torem. Naturalnym, bo Olivia była niepoprawną romantyczką. Między książkami o eliksirach i zielarstwie zawsze miała gdzieś jakieś romansidło - lepsze, gorsze, czasem nawet absolutne gówno według magicznego świata. Sięgała też po mugolskie książki, gdy taka wpadła jej w ręce, chociaż zdarzało się to niezwykle rzadko. Ale wszystkie łączyło jedno: były aż do bólu nieprawdopodobne i odrealnione, kompletnie odklejone od rzeczywistości, a historie miłosne były od czapy. Ale gdy karmi się umysł podobnymi szlagierami, to siłą rzeczy zaczyna się wierzyć w coś takiego jak prawdziwa czysta miłość. Czy Isaac był tą jedyną, prawdziwą miłością? Na ten moment szczerze w to wierzyła, tak jak i w poprzednie jej zakochania. Czas miał pokazać, że to nie była prawda, ale Quirke była naiwna. Może i wyszczekana, ale przecież wrażliwa i delikatna. Pod płaszczykiem wulkanu energii i niewyparzonego języka kryła się dziewczyna delikatna, być może aż nadto, która starała się w każdym dostrzegać najlepsze cechy. Owszem, życie szkolne pokazało jej, że wszędzie istniały dupki, dla których nie było ratunku, jak na przykład część Ślizgonów, ale traktowała te przypadki jako wyjątki od reguły.
Gdy zaprosił ją do Hogsmeade, od razu się zgodziła. Lubiła tam chodzić i lubiła spędzać z nim czas. Zrobiło się ciepło - uwielbiała maj, kochała czerwiec, a na lipiec czekała z niecierpliwością (i to wcale nie dlatego, że miała wtedy urodziny). Lubiła, gdy promienie słoneczne padały na jej rude włosy i blade piegi, gdy ogrzewały skórę i pozwalały na zdjęcie szalika oraz ciepłej szaty. Zimę też starała się doceniać, ale jakoś tak wolała gdy było ciepło i przyjemnie, tak jak dzisiaj.
- Tu jesteś! - widząc chłopaka twarz Olivii rozpromieniła się bardziej niż to słońce, które świeciło na niebie. Niemal od razu, gdy znalazł się w jej zasięgu, otoczyła go ramionami i obdarowała długim uściskiem. - Pogoda nam dopisuje, jest pięknie! Pachnie już latem, nie uważasz?
Jedną z wad-zalet (zależy, kogo spytać) Olivii było to, że buzia niemal się jej nie zamykała. Nic dziwnego, że Isaac nie myślał tyle o rodzicach - mało kto potrafił myśleć przy ciągłej gadaninie.
Nic więc dziwnego, że rok wcześniej musiała wziąć się ostro do pracy, gdy w końcu coś zaskoczyło w jej mózgu i stwierdziła, że chce iść w ślady matki. Niemal cały piąty rok spędziła w bibliotece, podobnie jak i szósty. I to jakoś tak właśnie na szóstym zaczepił ją Isaac - który był przecież dobry z Historii Magii oraz Zaklęć i Uroków, z czego ona była kompletną nogą. Był rok starszy, miał cały materiał w małym palcu: można było powiedzieć, że spadł jej z nieba. Od słowa do słowa, od spotkania do spotkania, od jednego zadania do drugiego jakoś tak się przyzwyczaiła do jego obecności, że reszta po prostu potoczyła się swoim naturalnym torem. Naturalnym, bo Olivia była niepoprawną romantyczką. Między książkami o eliksirach i zielarstwie zawsze miała gdzieś jakieś romansidło - lepsze, gorsze, czasem nawet absolutne gówno według magicznego świata. Sięgała też po mugolskie książki, gdy taka wpadła jej w ręce, chociaż zdarzało się to niezwykle rzadko. Ale wszystkie łączyło jedno: były aż do bólu nieprawdopodobne i odrealnione, kompletnie odklejone od rzeczywistości, a historie miłosne były od czapy. Ale gdy karmi się umysł podobnymi szlagierami, to siłą rzeczy zaczyna się wierzyć w coś takiego jak prawdziwa czysta miłość. Czy Isaac był tą jedyną, prawdziwą miłością? Na ten moment szczerze w to wierzyła, tak jak i w poprzednie jej zakochania. Czas miał pokazać, że to nie była prawda, ale Quirke była naiwna. Może i wyszczekana, ale przecież wrażliwa i delikatna. Pod płaszczykiem wulkanu energii i niewyparzonego języka kryła się dziewczyna delikatna, być może aż nadto, która starała się w każdym dostrzegać najlepsze cechy. Owszem, życie szkolne pokazało jej, że wszędzie istniały dupki, dla których nie było ratunku, jak na przykład część Ślizgonów, ale traktowała te przypadki jako wyjątki od reguły.
Gdy zaprosił ją do Hogsmeade, od razu się zgodziła. Lubiła tam chodzić i lubiła spędzać z nim czas. Zrobiło się ciepło - uwielbiała maj, kochała czerwiec, a na lipiec czekała z niecierpliwością (i to wcale nie dlatego, że miała wtedy urodziny). Lubiła, gdy promienie słoneczne padały na jej rude włosy i blade piegi, gdy ogrzewały skórę i pozwalały na zdjęcie szalika oraz ciepłej szaty. Zimę też starała się doceniać, ale jakoś tak wolała gdy było ciepło i przyjemnie, tak jak dzisiaj.
- Tu jesteś! - widząc chłopaka twarz Olivii rozpromieniła się bardziej niż to słońce, które świeciło na niebie. Niemal od razu, gdy znalazł się w jej zasięgu, otoczyła go ramionami i obdarowała długim uściskiem. - Pogoda nam dopisuje, jest pięknie! Pachnie już latem, nie uważasz?
Jedną z wad-zalet (zależy, kogo spytać) Olivii było to, że buzia niemal się jej nie zamykała. Nic dziwnego, że Isaac nie myślał tyle o rodzicach - mało kto potrafił myśleć przy ciągłej gadaninie.