Gdzie człowiek by nie podział wzroku, tam można było dostrzec pierwsze oznaki tego, że wiosna powoli brała w swe posiadanie ziemie Doliny Godryka. W gruncie rzeczy był to całkiem dobry znak. Swoisty symbol odnowy i zapomnienia o trudach ostatnich chłodnych miesięcy, jak i zapowiedź tego, że tak wiele rzeczy może ulec w nadchodzących dniach zmianie. Pytanie tylko, czy będzie to zmiana na lepsze, pomyślał Erik, poprawiając poły brązowego płaszcza, który przywdział z okazji tego spotkania.
Biorąc pod uwagę, że nie było to do końca towarzyskie spotkanie, a trening z krwi i kości, to nie mógł wbić się w garnitur, bo prawdopodobnie wróciłby do domu z ubraniem w strzępach. Zamiast tego postawił na wygodę; gruby czarny golf, ciemne spodnie i wygodne brązowe buty, które gwarantowały mu, że w razie nagłej zmiany warunków atmosferycznych nie wróci przemoczony, jeśli wpadnie w kałużę.
— Ciebie też Ger, ciebie też. Dziękuję za cierpliwość — powiedział, orientując się, że mógł się odrobinę spóźnić. Zazwyczaj to on na wszystkich czekał. A może tak wyćwiczył swoich znajomych ze szkoły, że Ci przybywali już na spotkania z wyprzedzeniem, aby uniknąć paplaniny?
Skrzywił się lekko na przypomnienie mu o niedawnej przemianie. Pełnia dopadła go w nocy z 29 na 30, co zresztą było po nim widać. Podkrążone oczy, nieco mniej energiczny chód i swego rodzaju powolność w ruchach, jak gdyby dopiero niedawno wstał z łóżka i z lekkim opóźnieniem rejestrował to, co się dzieje wokół niego. Gdyby umówił się z Ger na poprzedni dzień, zapewne by zrezygnował. Mógł chodzić do pracy w niezbyt dobrym stanie, ale wolał unikać spotkań ze znajomymi w tym stanie.
— Standardowo, w sumie to nawet dobrze. Ostatnio muszę brać dodatkowe eliksiry, ale na szczęście uniknąłem wszelkich efektów ubocznych. Nie martw się, jestem gotowy na wszystko. — Wzruszył bezwiednie ramionami. Wolał nie obarczać Geraldine długą historią na temat klątwy kuchennej, która uprzykrzała mu od jakiegoś czasu życie, jak i o procesie jej leczenia. Skierował swój wzrok na miejsce, w którym siedziała. — Nie powinnaś tak siedzieć na ziemi. Nie słyszałaś, że od tego można dostać wilka?
Wygiął lekko kąciki ust ku górze w ramach tego drobnego żarciku. To by dopiero było, jakby od siedzenia na trawie lub na zimnej posadzce, człowiek zmieniał się w wilkołaka. Na pewno zrewolucjonizowałoby to wszelkie badania prowadzone na temat lykantropii. Parsknął cichym śmiechem i zaczął rozpinać poły płaszcza, co by ułatwić sobie swobodę ruchów.
Nie czuł potrzeby, aby kobieta tłumaczyła mu zasady ich potyczki ćwiczebnej. Bądź co bądź, to nie był pierwszy raz, kiedy razem trenowali. W Hogwarcie nie raz nie dwa mieli okazję do tego, aby sprawdzić swoje umiejętności; zarówno na boisku, jak i na arenie szkolnego klubu pojedynków. Pewnych rzeczy się po prostu nie zapominało, toteż Erik pokonał też odpowiedni dystans, aby znaleźć się w odpowiedniej odległości od kobiety. Postanowił zacząć jako pierwszy, co by udowodnić Geraldine, że przez niedawną pełnię wcale nie jest w takiej złej formie. A przynajmniej miał zamiar spróbować to zrobić.
— Okej. A więc zaczynajmy — zawołał, po czym chrząknął i wziął głęboki oddech. Wyciągnął różdżkę zza pazuchy i przerzucił ją z jednej ręki do drugiej, po czym wykonał nią odpowiedni ruch. Jeśli wszystko dobrze, to zamierzał przynajmniej na moment oszołomić Geraldine przy użyciu odpowiedniego zaklęcia. — Drętwota!
Sukces!
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞