Wypowiedzianych przez Laurenta słów nie uznał za bezpośrednio skierowane do niego. Dotąd Laurent upominał go za wszystko prywatnie. Wszystkie ich poważne rozmowy albo kłótnie odbywały się z dala od osób trzecich. Pod wieloma względami ta decyzja wydawała się słuszna, gdyż oddalała w czasie ryzyko wybuchu kolejnej kłótni między nimi. Miał podstawy aby sądzić, że jeśli coś znowu przeskrobie to zostanie o tym uświadomiony. Jak to miało miejsce każdym poprzednim razem. Nie chciał sprawdzać, czy tak będzie. Nawet cierpliwość kogoś takiego, jak Laurent miała swoje granice. Starał się kolejnej nie przekroczyć.
— Wydaje mi się, że mógłbyś nim zostać przez to jak postrzegasz posługiwanie się farbami. W takim razie wskazane jest delikatne podejście, aby uzyskać ładne kolory. — Znający Laurenta od tylu już lat Philip miał pewność, że ten mężczyzna nad wyraz dobrze operował wszelkimi metaforami i w tym momencie miał nieśmiałe wrażenie, że ona nie dotyczyła wyłącznie farb. Dopuszczał do świadomości myśl, że to mogła być jego nadinterpretacja. Pozostanie to w sferze jego domysłów, nawet jak na poparcie swoich przypuszczeń miałby parę dowodów i nawet jak na końcu języka miał miał to pytanie. W kwestiach sztuki Laurent dogadałby się z jego matką, gdyby miał okazję do odbycia z nią tego typu rozmowy.
Nie dało się nie zauważyć tego, że stojący nieopodal blondyn uśmiecha się do wychodzących spod jego ręki bohomazów, jakby ręka trzymająca pędzel była ręką mistrza. Traktował to wszystko jako dobrą zabawę, nie mogąc zakładać tego, że złapie malarskiego bakcyla i zacznie przez to regularnie próbować swoich sił w sztuce władania pędzlem. Zawtórował krótkim śmiechem Laurentowi, kierującemu w następnej chwili swoje kroki ku barierce po to aby stanąć za płótnem i jeszcze być widocznym. Nie spuszczając z niego spojrzenia, prześledził przybieraną przez niego pozę zwracając przy tym swoją uwagę na te wszystkie gesty. Nie wyzbył się swojej słabości do Laurenta, kuszącego go zawsze z diabelską wprawą. To było jeszcze trudniejsze przez te wszystkie wyznania, na które się zdobył. Odciągnęło to jego uwagę od tworzenia tego obrazu, tak jak jego myśli mogły w jednej chwili zmienić swój kierunek i ostatecznie zechciałby opuścić ten pokład.
— Będziesz musiał sobie to wyobrazić. — Sprowadzony nieco na ziemię zawtórował mu śmiechem. Jakby naprawdę to zrobił to w jego modelu nikt nie rozpoznałby ani selkie w swojej zwierzęcej postaci ani francuskiej dziewczyny, a co dopiero mężczyzny. Wykonując kolejne pociągnięcia pędzlem uśmiechnął się... tajemniczo. Spod jego rąk wyszło zupełnie inne arcydzieło, którego jak dotąd nikomu nie pokazał i o którym nikomu nie powiedział. Ten obraz, który teraz tworzył, malując szarością to wybrzeże, nie przebije tamtego dzieła. To jednak mógł pokazać światu.