13.12.2022, 23:30 ✶
Śmieci zaczynają śmierdzieć, więc muszę zawiązać worek, wziąć dupę w troki i zrobić z nimi porządek. Lenistwo szepcze mi, żebym po prostu przelewitował je do pojemników na podwórku (zamkniętym na cztery spusty od strony ulicy, sami magiczni lokatorzy, mugole NIC by nie zauważyli), ale jak sobie pomyślę o ostatniej próbie, kiedy przez przypadek zahaczyłem o klamkę, rozdarłem torbę i ujebałem wykładzinę resztkami psującego się jedzenia, to zbiera mi się na wymioty. Żadna tam ze mnie księżniczka, nie jestem szczególnie wrażliwy na nieprzyjemne zapachy, ale zgnite żarcie? Resztki w zlewie? Kategorycznie, najgorsze możliwe ohydztwo. Zauważam też, że kończy się mleko, więc przy okazji skoczę do sklepu, zrobię zakupy, może rano nie będę musiał jeść twardej jak kamień bułki, tylko taką jednodniową. To duży upgrade moich standardów (w które wchodzi skipowanie śniadania i częstowanie się owocami w pracy, tymi przeznaczonymi dla gości. Ostatnio ktoś nie mógł znaleźć kurzej wątroby potrzebnej do haruspicji. Chyba nie muszę tłumaczyć, co się z nią stało...), ale nie przewidziałem tego, że po dwudziestej trzeciej raczej niewiele sklepów jest otwartych. A te, które są, nie sprzedają pieczywa. Biednemu zawsze wiatr w oczy, jak mówi przysłowie, a akurat tu wieje paskudnie. I zacina deszczem, jak to w Londynie, typowa angielska pogoda. To przez ten wiatr i deszcz znosi mnie trochę z kursu, nieznacznie, parę przecznic tylko - ląduję pod pierwszym lepszym dachem, chcę odrobinkę przeczekać. Przypadkiem moje schronienie to kasyno, przypadkiem zaglądam do środka, przypadkiem wchodzę, przypadkiem obstawiam. Poślizgnąłem się na progu, żetony które miałem w kieszeni (pewnie się zapodziały po praniu, nie brałem ich specjalnie) wypadły na stół, oh shit, jestem w grze. Za późno, żeby się wycofać, nie mam już wyjścia. Muszę iść na całość, a że mam giga dobrą passę, robię to totalnie bez oporów. Interesują mnie tylko wysokie stawki. Duble lecą raz za razem, jakbym zaczarował kości, a ja nawet różdżki nie mam przy sobie. To jest dowód na moje czyste intencje - szedłem tylko wynieść śmieci i po mleko. Absolutnie nie jestem uzależniony. Od niczego. To, że akurat zaciągam się papierosem w palarni nie ma nic do rzeczy, podobnie jak czwarta wizyta w kasynie pod rząd w przeciągu ostatnich czterech dni. Kurwa.
Wiem, że mam problem. Chociaż z drugiej strony - gdyby mnie tak paru zamaskowanych typków spytało na ulicy, to bym zaprzeczył. Ja, problem? A nigdy w życiu. Więc tak naprawdę, to pojęcie bardzo względne. A czym tak naprawdę jest drobna skaza w dążeniu do doskonałości, jeśli nie czymś dobrym, czymś, co może być wyzwaniem, prowadzącym do wzmocnienia charakteru, uszlachetnienia? Prycham, bo pierdolę jakieś kocopoły, chyba wypiłem już o jeden drink za dużo. No i wtedy właśnie przestaje mi iść. Przestrzeliwuję oczko, kulka w ruletce zatrzymuje się standardowo o jedno pole za daleko, kości typuję jak desperat. To, co wygrałem w trzy godziny, przepierdalam w jedną. Brawo, może powieszą sobie tu mój portret i nazwą mnie fundatorem tego przybytku. Zasługuję na to, aż mnie dreszcz przechodzi na myśl o sumie.
- Hej - dosiadam się do ciemnowłosej kobiety siedzącej przy barze - masz dziś szczęście? - pytam, wyciągając w jej stronę wymiętą paczkę fajek. Mógłbym ją podrywać, gdybym to stwierdził. Masz dziś szczęście, w domyśle, spotkałaś mnie, wywrócę całe twoje życie do góry nogami, pokażę ci coś, czego jeszcze nie widziałaś. Ale nie, ja po prostu pytam, jak jej idzie. Może równie chujowo, jak mi. A może bardzo dobrze i pozwoli mi obstawić jeszcze raz. Na ładne oczy.
Wiem, że mam problem. Chociaż z drugiej strony - gdyby mnie tak paru zamaskowanych typków spytało na ulicy, to bym zaprzeczył. Ja, problem? A nigdy w życiu. Więc tak naprawdę, to pojęcie bardzo względne. A czym tak naprawdę jest drobna skaza w dążeniu do doskonałości, jeśli nie czymś dobrym, czymś, co może być wyzwaniem, prowadzącym do wzmocnienia charakteru, uszlachetnienia? Prycham, bo pierdolę jakieś kocopoły, chyba wypiłem już o jeden drink za dużo. No i wtedy właśnie przestaje mi iść. Przestrzeliwuję oczko, kulka w ruletce zatrzymuje się standardowo o jedno pole za daleko, kości typuję jak desperat. To, co wygrałem w trzy godziny, przepierdalam w jedną. Brawo, może powieszą sobie tu mój portret i nazwą mnie fundatorem tego przybytku. Zasługuję na to, aż mnie dreszcz przechodzi na myśl o sumie.
- Hej - dosiadam się do ciemnowłosej kobiety siedzącej przy barze - masz dziś szczęście? - pytam, wyciągając w jej stronę wymiętą paczkę fajek. Mógłbym ją podrywać, gdybym to stwierdził. Masz dziś szczęście, w domyśle, spotkałaś mnie, wywrócę całe twoje życie do góry nogami, pokażę ci coś, czego jeszcze nie widziałaś. Ale nie, ja po prostu pytam, jak jej idzie. Może równie chujowo, jak mi. A może bardzo dobrze i pozwoli mi obstawić jeszcze raz. Na ładne oczy.