24.03.2024, 22:22 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.03.2024, 22:27 przez Terrance Trelawney.)
Liczył się oczywiście z tym, że w słowach Penny kryło się całkiem sporo prawdy i że nawet gdyby ewentualny wypadek przy teleportacji miałby przytrafić mu się za kilka, kilkanaście, czy nawet kilkadziesiąt lat, przyjaciółka nie omieszkałaby mu tego we właściwy sposób wypomnieć. Mimo wszystko na jej słowa nie mógłby zareagować inaczej, jak tylko szerokim, szczerym uśmiechem. Przynajmniej odpuścił sobie wzmiankę o tym, że jak najbardziej wskazane było, żeby rzeczywiście o tej ofermie pamiętała. Tyle tylko, że z powodu nieco odmiennego do tego, jaki sama miała na myśli. Choć może tego akurat nie musiał nawet mówić na głos. Ostatecznie znali się przecież dość dobrze, by bez większego problemu mogła domyślić się, jaki komentarz chodził mu po głowie – nawet, jeśli nie postanowił się nim podzielić.
– Pokrzywą – przytaknął krótko, tłumiąc chęć parsknięcia śmiechem. – Takie zielone, z pojedynczymi listkami. Parzy, kiedy się dotknie. Więc lepiej nie dotykaj gołymi rękoma i nie wleź w nią.
Nawet gdyby naprawdę mu na tym zależało, nie byłby w stanie zachować całkowitej powagi podczas tłumaczenia jej, czym tak właściwie ta nieszczęsna pokrzywa była. Oczywistym było, że nie zakładał raczej, by Penny miała tego rzeczywiście nie wiedzieć, ale… sama przecież się o to prosiła. Mogłaby przecież po prostu przyjąć do wiadomości fakt, że owszem, poszukiwanie pokrzywy faktycznie było czymś, czym mogłaby się zająć. Albo i nie mogłaby. W takim wypadku Terry musiałby pewnie bardzo poważnie zastanowić się, czy przypadkiem ktoś nie próbował właśnie podszywać się pod nią i nie robił tego bardzo nieumiejętnie. Podobnie jak ona mogłaby nabrać dokładnie takich samych podejrzeń, gdyby Trelawney odpuścił jej to niefortunne pytanie o pokrzywę.
– I do czego niby miałby mi być potrzebny oset? – odwrócił się w jej stronę po tym, już schylił się na moment, by przyjrzeć się z bliska jakiejś roślinie. Widocznie mało interesującej, skoro zdecydował się zostawić ją na miejscu. Albo po prostu pytanie Penny skutecznie odwróciło jego uwagę od oglądanego chwilę wcześniej zielska. Lub raczej coś, co przyszło mu na myśl w ślad za tym pytaniem. – Za to koniczyna może się przydać, nią przynajmniej nie zrobisz sobie krzywdy. A Henry na pewno będzie wdzięczny.
Nie był wprawdzie pewien, czy miał już okazję wspomnieć jej kiedykolwiek o tym, kim właściwie był wymieniony przed momentem Henry i dlaczego miałby być wdzięczny za koniczynę, ale… jakoś nie uważał widocznie za stosowne, by wyjaśniać to w tym właśnie momencie. Pilniejsze okazało się ponowne pochylenie nad pozostawioną wcześniej w spokoju rośliną i oberwanie z niej kilku gałązek. Zupełnie, jakby nie było w jego wypowiedzi niczego nieoczywistego, co mogłoby wymagać jakiegoś dodatkowego wyjaśnienia. No bo w sumie… przecież nie było. W jego opinii przynajmniej.
– Pokrzywą – przytaknął krótko, tłumiąc chęć parsknięcia śmiechem. – Takie zielone, z pojedynczymi listkami. Parzy, kiedy się dotknie. Więc lepiej nie dotykaj gołymi rękoma i nie wleź w nią.
Nawet gdyby naprawdę mu na tym zależało, nie byłby w stanie zachować całkowitej powagi podczas tłumaczenia jej, czym tak właściwie ta nieszczęsna pokrzywa była. Oczywistym było, że nie zakładał raczej, by Penny miała tego rzeczywiście nie wiedzieć, ale… sama przecież się o to prosiła. Mogłaby przecież po prostu przyjąć do wiadomości fakt, że owszem, poszukiwanie pokrzywy faktycznie było czymś, czym mogłaby się zająć. Albo i nie mogłaby. W takim wypadku Terry musiałby pewnie bardzo poważnie zastanowić się, czy przypadkiem ktoś nie próbował właśnie podszywać się pod nią i nie robił tego bardzo nieumiejętnie. Podobnie jak ona mogłaby nabrać dokładnie takich samych podejrzeń, gdyby Trelawney odpuścił jej to niefortunne pytanie o pokrzywę.
– I do czego niby miałby mi być potrzebny oset? – odwrócił się w jej stronę po tym, już schylił się na moment, by przyjrzeć się z bliska jakiejś roślinie. Widocznie mało interesującej, skoro zdecydował się zostawić ją na miejscu. Albo po prostu pytanie Penny skutecznie odwróciło jego uwagę od oglądanego chwilę wcześniej zielska. Lub raczej coś, co przyszło mu na myśl w ślad za tym pytaniem. – Za to koniczyna może się przydać, nią przynajmniej nie zrobisz sobie krzywdy. A Henry na pewno będzie wdzięczny.
Nie był wprawdzie pewien, czy miał już okazję wspomnieć jej kiedykolwiek o tym, kim właściwie był wymieniony przed momentem Henry i dlaczego miałby być wdzięczny za koniczynę, ale… jakoś nie uważał widocznie za stosowne, by wyjaśniać to w tym właśnie momencie. Pilniejsze okazało się ponowne pochylenie nad pozostawioną wcześniej w spokoju rośliną i oberwanie z niej kilku gałązek. Zupełnie, jakby nie było w jego wypowiedzi niczego nieoczywistego, co mogłoby wymagać jakiegoś dodatkowego wyjaśnienia. No bo w sumie… przecież nie było. W jego opinii przynajmniej.