24.03.2024, 22:34 ✶
To, że ktoś z jego przyjaciół był z nim w jego rodzinnym domu było dla niego dziwne, ale jednocześnie podniosło go na duchu w sposób, którego się nie spodziewał. Zawsze, gdy tu wracał czuł się jakby wyrwany ze swojego życia i wepchnięty w kompletnie inną rzeczywistość. Teraz, gdy widział przy sobie Brennę, dwa światy zaczęły się przenikać jak nigdy, sprawiając, że Thomas zaczął na nowo rozmyślać o swojej aktualnej sytuacji.
Tyle lat żył przecież w świecie czarodziejów, a tu, nadal musiał udawać, że jest jak najbardziej normalny. Czy to naprawdę tak musiało wyglądać? A może w końcu powinien coś w swoim życiu zmienić?
- Mam wrażenie, że powinniśmy się umówić, że wszystko co dzisiaj się stanie, pozostanie między nami. Zaoszczędzimy może paru żenujących historii, które mogą się wydarzyć. - Pokręcił głową ze słabym uśmiechem. Nie był pewien, w jakie kłopoty mogą się wkopać, czuł jednak, że nie obejdzie się bez jakiś dziwnych wydarzeń. Rzadko kiedy ostatnio los darowywał im dziwne przygody.
Cieszył się, że Branna nie przejęła się zachowaniem jego mamy, która choć w jakiś sposób pogodziła się z jego innością, nigdy do końca jej nie zaakceptowała. Wiedział, że według jego rodziców, powinien darować sobie ten magiczny świat i znaleźć pracę w tym prawdziwym. Nie było jednak to jego powołanie. A słowa o czarodziejach i ich podejściu do mugoli… Rozumiał to, co chciała przekazać Longbottom, wolałby jednak, by jego rodzina była lepsza od tych, którzy gardzili takimi jak on w świecie czarodziejów. Może czasem czułby się mniej jak wyrzutek obu światów, gdyby był w pełni akceptowany choć w jednym.
Cieszył się, że Brenna znów wzięła na siebie obowiązek przedstawienia się, tym bardziej, że w tym samym czasie Susan, którą miał na rękach zdążyła mu opowiedzieć całą historię o tym, jak spędziła dzisiejszy dzień. Ze swoimi siostrzeńcami i bratankami miał naprawdę dobry kontakt - dużo dawała sztuczka polegająca na zamianie w psa - nigdy jednak nie przyszło mu na myśl, że któreś z nich mogłoby być takie jak on. Dla Johna, który skończył już dwanaście lat pewnie na list z Hogwartu było już za późno, reszta dzieciaków jednak mogła skończyć na tej samej drodze co on. Reszta rodziny zapewne nie cieszyłaby się z takiego obrotu spraw jak on, jedno było jednak pewne. Thomas zrobiłby w takim wypadku wszystko, by nie musieli czuć tych wszystkich wątpliwości i zagubienia, przez które przeszedł on.
- Brenno, ta mała dama, która właśnie się mnie uczepiła jak młode kocię, to Susan - uśmiechnął się do dziewczynki, którą po chwili odstawił. - Poznaj jej mamę i moją siostrę Marnie - wskazał kobietę w podobnym do niego wieku z jasnobrązowymi włosami, ubraną w jeansy i koszulę - oraz brata Susan, Lucasa - mały, trzyletni na oko chłopczyk pomachał nieśmiało znad ciasta, po czym wtulił się w Marnie. - To jest za to Samantha - druga z kobiet miała jasne włosy i dziwnie fałszywy uśmiech na twarzy - żona mojego brata Alberta - wolał przypomnieć, bo sam pewnie już trzy razy zgubiłby się w łączeniu kto z kim i jak - oraz ich syn John - wskazał na chłopca, prawie już nastolatka, który patrzył na nieznajomą nieufnie.
Thomas uśmiechnął się do niego jednak, klepiąc przy tym Brennę po ramieniu.
- No, to co, pomóc wam w czymś? Nie będziemy przecież stać i się przyglądać - zaczął po krótkich powitaniach, które wydawały mu się niezręczne. Mógł sobie to co prawda wmawiać.
- Możecie iść po Abigail i zacząć nakrywać do stołu. - Marnie, która wydawała się trochę zmęczona, wskazała na drzwi prowadzące na tyły domu. - W kuchni już niemal wszystko gotowe, Albert z Connorem powoli zaganiają bydło z pastwiska do dojenia, matka im pomoże. I ojciec jest w salonie. Możecie się iść z nim najpierw przywitać. - Surowe spojrzenie spotkało się z lekko bladym obliczem Thomasa, który przeniósł ciężar z jednej nogi na drugą.
- Tak, pójdziemy. Potem zgarniemy młodą i ogarniemy stół. - Zasalutował. Schylił się po chwili do Brenny.
- Zaprowadzę cię za chwilę do ogrodu, z którego moja matka jest naprawdę dumna. Skomentuj, że ma ładne kwiaty, to od razu zyskasz w jej oczach. Tylko najpierw starcie z panem domu. - Mrugnął, po czym czym przeszedł jakoś niepewnie do kolejnego pokoju, w którym stał duży stół, kanapa i fotel. Przy jednej ze ścian znajdował się nierozpalony aktualnie kominek, przy którym z gazetą w jednej ręce siedział posiwiały już mężczyzna z gazetą w ręce. Odłożył ją na kolana, po czym przeniósł spojrzenie zmęczonych, surowych oczu na Brennę i Thomasa.
- Cześć tato - uśmiech młodszego z Hardwicków wydawał się lekko wymuszony. Ojciec i syn byli bardzo do siebie podobni. Szczególnie ich oczy wydawały się identyczne, choć przedstawiały zupełnie inne emocje.
- Thomas - skinienie głowy, lekko oszczędne, następnie Matthew zrobił to samo w stosunku do Brenny. Jako pierwszy chyba wydawał się nie oceniać jej od razu. Jakby sam był bardziej zagubiony od niej w tym domu. - Twoja… Znajoma? - zapytał, widocznie ciekaw jednak, co ją łączyło z jego synem.
Tyle lat żył przecież w świecie czarodziejów, a tu, nadal musiał udawać, że jest jak najbardziej normalny. Czy to naprawdę tak musiało wyglądać? A może w końcu powinien coś w swoim życiu zmienić?
- Mam wrażenie, że powinniśmy się umówić, że wszystko co dzisiaj się stanie, pozostanie między nami. Zaoszczędzimy może paru żenujących historii, które mogą się wydarzyć. - Pokręcił głową ze słabym uśmiechem. Nie był pewien, w jakie kłopoty mogą się wkopać, czuł jednak, że nie obejdzie się bez jakiś dziwnych wydarzeń. Rzadko kiedy ostatnio los darowywał im dziwne przygody.
Cieszył się, że Branna nie przejęła się zachowaniem jego mamy, która choć w jakiś sposób pogodziła się z jego innością, nigdy do końca jej nie zaakceptowała. Wiedział, że według jego rodziców, powinien darować sobie ten magiczny świat i znaleźć pracę w tym prawdziwym. Nie było jednak to jego powołanie. A słowa o czarodziejach i ich podejściu do mugoli… Rozumiał to, co chciała przekazać Longbottom, wolałby jednak, by jego rodzina była lepsza od tych, którzy gardzili takimi jak on w świecie czarodziejów. Może czasem czułby się mniej jak wyrzutek obu światów, gdyby był w pełni akceptowany choć w jednym.
Cieszył się, że Brenna znów wzięła na siebie obowiązek przedstawienia się, tym bardziej, że w tym samym czasie Susan, którą miał na rękach zdążyła mu opowiedzieć całą historię o tym, jak spędziła dzisiejszy dzień. Ze swoimi siostrzeńcami i bratankami miał naprawdę dobry kontakt - dużo dawała sztuczka polegająca na zamianie w psa - nigdy jednak nie przyszło mu na myśl, że któreś z nich mogłoby być takie jak on. Dla Johna, który skończył już dwanaście lat pewnie na list z Hogwartu było już za późno, reszta dzieciaków jednak mogła skończyć na tej samej drodze co on. Reszta rodziny zapewne nie cieszyłaby się z takiego obrotu spraw jak on, jedno było jednak pewne. Thomas zrobiłby w takim wypadku wszystko, by nie musieli czuć tych wszystkich wątpliwości i zagubienia, przez które przeszedł on.
- Brenno, ta mała dama, która właśnie się mnie uczepiła jak młode kocię, to Susan - uśmiechnął się do dziewczynki, którą po chwili odstawił. - Poznaj jej mamę i moją siostrę Marnie - wskazał kobietę w podobnym do niego wieku z jasnobrązowymi włosami, ubraną w jeansy i koszulę - oraz brata Susan, Lucasa - mały, trzyletni na oko chłopczyk pomachał nieśmiało znad ciasta, po czym wtulił się w Marnie. - To jest za to Samantha - druga z kobiet miała jasne włosy i dziwnie fałszywy uśmiech na twarzy - żona mojego brata Alberta - wolał przypomnieć, bo sam pewnie już trzy razy zgubiłby się w łączeniu kto z kim i jak - oraz ich syn John - wskazał na chłopca, prawie już nastolatka, który patrzył na nieznajomą nieufnie.
Thomas uśmiechnął się do niego jednak, klepiąc przy tym Brennę po ramieniu.
- No, to co, pomóc wam w czymś? Nie będziemy przecież stać i się przyglądać - zaczął po krótkich powitaniach, które wydawały mu się niezręczne. Mógł sobie to co prawda wmawiać.
- Możecie iść po Abigail i zacząć nakrywać do stołu. - Marnie, która wydawała się trochę zmęczona, wskazała na drzwi prowadzące na tyły domu. - W kuchni już niemal wszystko gotowe, Albert z Connorem powoli zaganiają bydło z pastwiska do dojenia, matka im pomoże. I ojciec jest w salonie. Możecie się iść z nim najpierw przywitać. - Surowe spojrzenie spotkało się z lekko bladym obliczem Thomasa, który przeniósł ciężar z jednej nogi na drugą.
- Tak, pójdziemy. Potem zgarniemy młodą i ogarniemy stół. - Zasalutował. Schylił się po chwili do Brenny.
- Zaprowadzę cię za chwilę do ogrodu, z którego moja matka jest naprawdę dumna. Skomentuj, że ma ładne kwiaty, to od razu zyskasz w jej oczach. Tylko najpierw starcie z panem domu. - Mrugnął, po czym czym przeszedł jakoś niepewnie do kolejnego pokoju, w którym stał duży stół, kanapa i fotel. Przy jednej ze ścian znajdował się nierozpalony aktualnie kominek, przy którym z gazetą w jednej ręce siedział posiwiały już mężczyzna z gazetą w ręce. Odłożył ją na kolana, po czym przeniósł spojrzenie zmęczonych, surowych oczu na Brennę i Thomasa.
- Cześć tato - uśmiech młodszego z Hardwicków wydawał się lekko wymuszony. Ojciec i syn byli bardzo do siebie podobni. Szczególnie ich oczy wydawały się identyczne, choć przedstawiały zupełnie inne emocje.
- Thomas - skinienie głowy, lekko oszczędne, następnie Matthew zrobił to samo w stosunku do Brenny. Jako pierwszy chyba wydawał się nie oceniać jej od razu. Jakby sam był bardziej zagubiony od niej w tym domu. - Twoja… Znajoma? - zapytał, widocznie ciekaw jednak, co ją łączyło z jego synem.