Słowa Dagura dodawały otuchy do działania. Na swój sposób wręcz zachęcały, aby próbować. Iść, potknąć się, wstać. Zawsze mogli na niego liczyć. Mogli też liczyć na resztę swojej wspaniałej rodziny. To była prawdziwa dobroć życia, wszak nie każdy miał tak dobrze.
- Dzięki - uśmiechnął się zaraz po tym, kiedy ojciec szturchnął go w ramię. Pomyśleć, że gdyby był to mocniejszy cios, mógłby zrobić komuś krzywdę. Hjalmar momentami łapał się na tym, że zapominał o sile własnego ojca. Tej miał przecież od groma - był przepotężny.
- Lepiej żeby Bogowie ponownie nie próbowali nas wystawiać na taką próbę. Wierzę, że zrobiliśmy to co powinniśmy. Zareagowaliśmy. Chcieliśmy ratować pozostałych mieszkańców. To coś godnego. Tak należy postępować - zauważył - Ale trzeba przyznać, że odrobina truchtu Ci nie zaszkodziła. Ba! Poradziłeś sobie śpiewająco! - zauważył, dodając ojcu trochę otuchy, a w dodatku schlebiając mu - Lepiej było zareagować, niż pozwolić aby komukolwiek się coś stało. Teraz nie można nam niczego zarzucić. Zrobiliśmy to co, każdy dobry sąsiad powinien zrobić. Nawet jeżeli był to tylko nieszkodliwy ogień. Tego nie mogliśmy przewiedzieć - skwitował i czym prędzej wyruszyli w kierunku domostwa.
- Podpytam później. Jeżeli czegoś się dowiem, to nie omieszkam z Tobą podzielić. Kawał dobrej roboty zrobiliśmy - podsumował ich działania. Taka praca zasługiwała na nic innego, jak kufel zimnego piwa. To im się po prostu należało - jak psu micha!