24.03.2024, 23:29 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.03.2024, 23:29 przez Samuel McGonagall.)
Siedzi skulony na końcu stołu i cierpi. Pies mu zjadł śniadanie. Próbuje sobie iść od stołu
Świat zewnętrzny płynął swoim naturalnym leniwym rytmem, niespiesznego śniadania na zielonej trawie, pośród szumiących drzew i śpiewających ptaków. Słońce roztaczało swe uroki w pełni, sprawiedliwie, bez krztyny zastanowienia, każdemu swoje promienie rozdając po równo. Zważywszy na pełna muzyki i tańca poprzednią noc, tempo cichego, spokojnego świata było teraz nader leniwe, pachnące świeżym pieczywem i podpieczonym, aromatycznym mięsiwem. Wszystko było...
...za szybko, zbyt intensywnie. Samuel nie wiedział nawet kiedy galopada myśli zacisnęła na jego szyi ciasną pętlę, która zmniejszała swoją objętość z każdą, niepokojąco krótką chwilą. Nie zauważył kiełbasek, nie widział tak naprawdę nawet chleba, który trzymał rozerwany w drżących dłoniach.
Był idiotą. To pewne.
Przed laty, to był jego krok, jego inicjatywa, jego wypchnięcie siebie z tego równania. Podjął decyzję za nią, okrutną, choć w intencji zadbania o jej najlepszy interes. Zeszłej nocy powiedziała mu, dała do zrozumienia, że się mylił. Że ona, gdyby mogła, to całkiem możliwe że wybrałaby inaczej, bardzo możliwe że zostałaby z nim tu, na godrykowej ziemi. Pozwolił sobie iść tą myślą, iść nadzieją, którą zaszczepiła w nim nocą, nie wychodząc z małego domku oplecionego ciasno bluszczem wyrośniętym zbyt szybko. Ziarno rzucone na skały wyrosło szybko, ale nie mając gdzie wbić korzeni, obumarło. Tak było i teraz...
Mógł się domyślić, że tak właśnie będzie. W końcu był nikim, nawet jeśli Erik równo jeden księżyc temu przekonywał go, że bycie ''kimś'' to nie kwestia bogactwa, ale spełnienia i poczucia własnej wartości. I oto proszę, siedzieli przy jednym stole, w pozorach równości, ale był jej tak obmierzły, że nawet nie podniosła głowy znad swojego talerza, gdy podszedł. Znów udawała, że wcale się nie znają. Znów ich relacja była tajemnicą. Teraz dopiero dochodziło do niego, że przecież wcale nie musiała być to kwestia tego, że był biedny, że nie posiadał swojego domu, warsztatu, pięknego sklepu, czy całego rodzinnego majątku. Ona mogła po prostu spojrzeć i ocenić jego poczucie własnej wartości, prześwietlić go na wylot i zrozumieć, jakie miała szczęście, że nikt nie wiedział wcześniej, ani nikt nie wiedział teraz. A potem podjęła decyzję za nich, w najlepszym dla siebie interesie. Złamała mu serce, tak jak on złamał jej przed laty.
Zasłużył na to jak nikt inny.
Ta myśl, ta interpretacja zastanej rzeczywistości kuła punktowo boleśnie w zaciśniętej klatce piersiowej, im mocniej próbował ją wypchnąć z serca, tym mocniej się w nim zagnieżdżała. Głosy, cudze głosy odbijały się obok, jakby siedział głęboko w lodowatej studni, po szyję zanurzony w wodzie, bez szans na wydostanie się. Był w potrzasku słowa, które złożył w ręce Brenny, czując wzmagające, wszechogarniające, palące upokorzenie. Zjedz i odejdź. Nigdy nie wracaj. To było takie proste, że aż niemożliwe do osiągnięcia.
Dopiero gdy jeden z psów zwietrzył okazję i wyciągnął mu z dłoni osierocone z uwagi pieczywo, zamrugał i spróbował rozluźnić zaciśniętą szczękę.
–...ja chyba jednak nie jestem głodny – spróbował powiedzieć tak, aby nikt go nie usłyszał i podnieść się, ze swojego miejsca.
!roślinywarowni
Świat zewnętrzny płynął swoim naturalnym leniwym rytmem, niespiesznego śniadania na zielonej trawie, pośród szumiących drzew i śpiewających ptaków. Słońce roztaczało swe uroki w pełni, sprawiedliwie, bez krztyny zastanowienia, każdemu swoje promienie rozdając po równo. Zważywszy na pełna muzyki i tańca poprzednią noc, tempo cichego, spokojnego świata było teraz nader leniwe, pachnące świeżym pieczywem i podpieczonym, aromatycznym mięsiwem. Wszystko było...
...za szybko, zbyt intensywnie. Samuel nie wiedział nawet kiedy galopada myśli zacisnęła na jego szyi ciasną pętlę, która zmniejszała swoją objętość z każdą, niepokojąco krótką chwilą. Nie zauważył kiełbasek, nie widział tak naprawdę nawet chleba, który trzymał rozerwany w drżących dłoniach.
Był idiotą. To pewne.
Przed laty, to był jego krok, jego inicjatywa, jego wypchnięcie siebie z tego równania. Podjął decyzję za nią, okrutną, choć w intencji zadbania o jej najlepszy interes. Zeszłej nocy powiedziała mu, dała do zrozumienia, że się mylił. Że ona, gdyby mogła, to całkiem możliwe że wybrałaby inaczej, bardzo możliwe że zostałaby z nim tu, na godrykowej ziemi. Pozwolił sobie iść tą myślą, iść nadzieją, którą zaszczepiła w nim nocą, nie wychodząc z małego domku oplecionego ciasno bluszczem wyrośniętym zbyt szybko. Ziarno rzucone na skały wyrosło szybko, ale nie mając gdzie wbić korzeni, obumarło. Tak było i teraz...
Mógł się domyślić, że tak właśnie będzie. W końcu był nikim, nawet jeśli Erik równo jeden księżyc temu przekonywał go, że bycie ''kimś'' to nie kwestia bogactwa, ale spełnienia i poczucia własnej wartości. I oto proszę, siedzieli przy jednym stole, w pozorach równości, ale był jej tak obmierzły, że nawet nie podniosła głowy znad swojego talerza, gdy podszedł. Znów udawała, że wcale się nie znają. Znów ich relacja była tajemnicą. Teraz dopiero dochodziło do niego, że przecież wcale nie musiała być to kwestia tego, że był biedny, że nie posiadał swojego domu, warsztatu, pięknego sklepu, czy całego rodzinnego majątku. Ona mogła po prostu spojrzeć i ocenić jego poczucie własnej wartości, prześwietlić go na wylot i zrozumieć, jakie miała szczęście, że nikt nie wiedział wcześniej, ani nikt nie wiedział teraz. A potem podjęła decyzję za nich, w najlepszym dla siebie interesie. Złamała mu serce, tak jak on złamał jej przed laty.
Zasłużył na to jak nikt inny.
Ta myśl, ta interpretacja zastanej rzeczywistości kuła punktowo boleśnie w zaciśniętej klatce piersiowej, im mocniej próbował ją wypchnąć z serca, tym mocniej się w nim zagnieżdżała. Głosy, cudze głosy odbijały się obok, jakby siedział głęboko w lodowatej studni, po szyję zanurzony w wodzie, bez szans na wydostanie się. Był w potrzasku słowa, które złożył w ręce Brenny, czując wzmagające, wszechogarniające, palące upokorzenie. Zjedz i odejdź. Nigdy nie wracaj. To było takie proste, że aż niemożliwe do osiągnięcia.
Dopiero gdy jeden z psów zwietrzył okazję i wyciągnął mu z dłoni osierocone z uwagi pieczywo, zamrugał i spróbował rozluźnić zaciśniętą szczękę.
–...ja chyba jednak nie jestem głodny – spróbował powiedzieć tak, aby nikt go nie usłyszał i podnieść się, ze swojego miejsca.
!roślinywarowni