25.03.2024, 03:08 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 25.03.2024, 03:22 przez Alexander Mulciber.)
- Sam powiedziałeś, że skupiasz się na uzyskaniu wpływów w Departamencie Przestrzegania Prawa. Kto inny z naszej rodziny dostałby teraz pracę w Ministerstwie praktycznie od ręki, biorąc pod uwagę nastroje społeczne? Ale ty, ty masz wieloletnie doświadczenie. Znajomości. Jakieś tam kwalifikacje… Powrót do Departamentu Tajemnic byłby bezcelowy, skoro jestem tam ja. Diana trzyma rękę na pulsie w Departamencie Skarbu. Wybór wydawał mi się prosty, jeszcze zanim sam wspomniałeś o powrocie do Ministerstwa – wyjaśnił cierpliwie Alexander, nie do końca pojmując, czego konkretnie Robert nie rozumie w jego wywodzie.
Dla Mulcibera wszystko to wydawało się dosyć logiczne, choć dopuszczał do siebie tę możliwość, że jako człowiekowi nie do końca obytemu w politycznych rozgrywkach o urzędniczy stołek, coś ważnego może umykać jego rozumowaniu. Dlatego skinął głową w podzięce, kiedy podano mu szklankę wypełnioną trunkiem. Alkohol, za którym powiódł tęsknym wzrokiem, na razie odstawił na stolik obok fotela, bo musiał się skupić na wyjaśnianiu swych słów. Zgodnie z prośbą kuzyna ciągnął dalej, chcąc dotrzeć do sedna sprawy.
– Wtedy rzeczywiście mielibyśmy swoich ludzi w najważniejszych departamentach. A chociaż stołek Ministra Magii – jak ironicznie zauważyłeś – zapewne bardziej pasowałby do godności naszej rodziny, więcej zdziałałbyś jako zwykły urzędnik. Można zakręcić się tu i ówdzie – może nawet do szafki z aktami współpracowników. Podsłuchać rozmowę przełożonych, udając, że pilnie pracujesz… Nie rozumiem, dlaczego odstręcza cię ten pomysł, kiedy sam siedzisz tutaj, zamknięty – ćmisz kadzidełka – i w moich oczach po prostu marnujesz czas, który mógłbyś spędzić na samodzielnym budowaniu wpływów. Tak jak wspominałem, byłbyś zapewne na pierwszej linii medialnego ostrzału: stąd pytanie, czy potrafisz zachować opanowanie, czy wybuchasz wściekłością, kiedy ktoś nadepnie ci na odcisk.
Bogowie, jak on nienawidził tłumaczyć ludziom, co konkretnie miał na myśli mówiąc daną rzecz, ale już wolał po kolei wytłumaczyć Robertowi każde słowo, każdą dwuznaczną kpinę i każde innuendo zawarte między wierszami, bo sam teraz nie był pewien, czy ten sobie z niego żartuje, czy specjalnie udaje głupszego, niż jest w rzeczywistości. Bo Robert taki znowu głupi na pewno nie był, chociaż posiadał wyjątkową zdolność wkurwiania Alexandra, kiedy używał w stosunku do niego swojego ambiwalentnego tonu polityka. Poniekąd właśnie dlatego Alex wróżył mu udaną karierę w Ministerstwie. Typ po prostu miał coś takiego w sobie, co sprawiało, że masz ochotę dorysować jego wydrukowanej na ulotce mordzie paskudne wąsy, diabelskie rogi, kilka czarnych zębów i obrzydliwych czyraków, a potem zrobić ze świstka samolocik, i posłać mu prosto na łeb.
Ale był rodziną. A Alexander nie potrzebował kolejnego wroga we własnym domu.
– Poza tym – jak to się mówi – pod latarnią bywa najciemniej, zwłaszcza, jeżeli na początku zachowasz low profile. Wszyscy będą podejrzewali najpierw o całe zło świata ciebie, ale gdy nie będą mogli nic ci zarzucić – bo zakładam, że zamierzasz być wzorowym pracownikiem – odpierdolą się, i zapomną o sprawie. Tak, może i skazali jakiegoś tam Juliusa Mulcibera na odsiadkę w Azkabanie, ale jego daleki kuzyn pracuje ze mną w Biurze i nie ma porządniejszego chłopa. Zawsze oddaje raporty w terminie, ołówki zawsze ma równo ułożone na biurku, a jak go zapytałem o rodzinę, to powiedział, że ten Julius to jakaś czarna owca, et cetera, et cetera – zakończył Alexander, przewracając oczami. Nie uważał się za znawcę ludzkiej natury, ale osobiście sądził, że większość ludzi to głupcy, którzy łatwo ulegają silniejszym, bardziej charyzmatycznym jednostkom, złudnym pierwszym wrażeniom i psychologii tłumu. Tylko czy Robert miałby odpowiednią siłę przebicia?
- A jeżeli obawiasz się o… Organizację – Wyprostował rękę, na której miał wytatuowany mroczny znak. Rozciągnął palce dłoni, porzucając zabawę rodowym sygnetem, który dotychczas przesuwał między palcami, niczym cyrkowy kuglarz podczas występu iluzjonistycznego. Popatrzył znacząco na Roberta. Wolał nie mówić o Śmierciożercach głośno. Ściany miały uszy. – Nie sądzisz, że on także ucieszyłby się, mając jednego ze swych zwolenników w tak ważnym departamencie?
Czekał na reakcję Roberta.
Dla Mulcibera wszystko to wydawało się dosyć logiczne, choć dopuszczał do siebie tę możliwość, że jako człowiekowi nie do końca obytemu w politycznych rozgrywkach o urzędniczy stołek, coś ważnego może umykać jego rozumowaniu. Dlatego skinął głową w podzięce, kiedy podano mu szklankę wypełnioną trunkiem. Alkohol, za którym powiódł tęsknym wzrokiem, na razie odstawił na stolik obok fotela, bo musiał się skupić na wyjaśnianiu swych słów. Zgodnie z prośbą kuzyna ciągnął dalej, chcąc dotrzeć do sedna sprawy.
– Wtedy rzeczywiście mielibyśmy swoich ludzi w najważniejszych departamentach. A chociaż stołek Ministra Magii – jak ironicznie zauważyłeś – zapewne bardziej pasowałby do godności naszej rodziny, więcej zdziałałbyś jako zwykły urzędnik. Można zakręcić się tu i ówdzie – może nawet do szafki z aktami współpracowników. Podsłuchać rozmowę przełożonych, udając, że pilnie pracujesz… Nie rozumiem, dlaczego odstręcza cię ten pomysł, kiedy sam siedzisz tutaj, zamknięty – ćmisz kadzidełka – i w moich oczach po prostu marnujesz czas, który mógłbyś spędzić na samodzielnym budowaniu wpływów. Tak jak wspominałem, byłbyś zapewne na pierwszej linii medialnego ostrzału: stąd pytanie, czy potrafisz zachować opanowanie, czy wybuchasz wściekłością, kiedy ktoś nadepnie ci na odcisk.
Bogowie, jak on nienawidził tłumaczyć ludziom, co konkretnie miał na myśli mówiąc daną rzecz, ale już wolał po kolei wytłumaczyć Robertowi każde słowo, każdą dwuznaczną kpinę i każde innuendo zawarte między wierszami, bo sam teraz nie był pewien, czy ten sobie z niego żartuje, czy specjalnie udaje głupszego, niż jest w rzeczywistości. Bo Robert taki znowu głupi na pewno nie był, chociaż posiadał wyjątkową zdolność wkurwiania Alexandra, kiedy używał w stosunku do niego swojego ambiwalentnego tonu polityka. Poniekąd właśnie dlatego Alex wróżył mu udaną karierę w Ministerstwie. Typ po prostu miał coś takiego w sobie, co sprawiało, że masz ochotę dorysować jego wydrukowanej na ulotce mordzie paskudne wąsy, diabelskie rogi, kilka czarnych zębów i obrzydliwych czyraków, a potem zrobić ze świstka samolocik, i posłać mu prosto na łeb.
Ale był rodziną. A Alexander nie potrzebował kolejnego wroga we własnym domu.
– Poza tym – jak to się mówi – pod latarnią bywa najciemniej, zwłaszcza, jeżeli na początku zachowasz low profile. Wszyscy będą podejrzewali najpierw o całe zło świata ciebie, ale gdy nie będą mogli nic ci zarzucić – bo zakładam, że zamierzasz być wzorowym pracownikiem – odpierdolą się, i zapomną o sprawie. Tak, może i skazali jakiegoś tam Juliusa Mulcibera na odsiadkę w Azkabanie, ale jego daleki kuzyn pracuje ze mną w Biurze i nie ma porządniejszego chłopa. Zawsze oddaje raporty w terminie, ołówki zawsze ma równo ułożone na biurku, a jak go zapytałem o rodzinę, to powiedział, że ten Julius to jakaś czarna owca, et cetera, et cetera – zakończył Alexander, przewracając oczami. Nie uważał się za znawcę ludzkiej natury, ale osobiście sądził, że większość ludzi to głupcy, którzy łatwo ulegają silniejszym, bardziej charyzmatycznym jednostkom, złudnym pierwszym wrażeniom i psychologii tłumu. Tylko czy Robert miałby odpowiednią siłę przebicia?
- A jeżeli obawiasz się o… Organizację – Wyprostował rękę, na której miał wytatuowany mroczny znak. Rozciągnął palce dłoni, porzucając zabawę rodowym sygnetem, który dotychczas przesuwał między palcami, niczym cyrkowy kuglarz podczas występu iluzjonistycznego. Popatrzył znacząco na Roberta. Wolał nie mówić o Śmierciożercach głośno. Ściany miały uszy. – Nie sądzisz, że on także ucieszyłby się, mając jednego ze swych zwolenników w tak ważnym departamencie?
Czekał na reakcję Roberta.
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat