Dzisiejsza noc nie miała się zakończyć w kasynie – zupełnie tak jak wiele innych, których migotliwe gwiazdy wyściełające niebo zastawały ją w piekielnym absurdzie. Przez umysł polatywały miriady możliwości; wielorakość zajęć, którymi mogła się parać, zamiast obmywać się w jaskrawym świetle neonów i kakofonii dźwięków, rozbijających się o wrażliwy słuch. Marzec pozostawał deszczowy w swej krasie, rozbijając się igiełkami deszczu o londyński bruk – pogoda sakramencko znana i objechana na każdy możliwy sposób; ciężkie chmury wędrujące po niebie przestały ją zaskakiwać lata temu, a branie ze sobą każdorazowo parasola uszło za natrętny nawyk – zupełnie tak, jak natrętne były kaprysy matki natury. Deszcz, poza czynieniem ze skóry galaktyki, płonących gwiazd śmierci, wzierał do kości uświadamiając o nieuchronności przemijania; prawdopodobnie rankiem chodnik miał się oblać lepkim sokiem słońca, susząc pozostałości po nocnym płaczu nieboskłonu. Takich nocy nie było żal jej sercu; takie noce były idealne do nieprzespania i przetracenia.
Zsunąwszy z ramion płaszcz, pozostawała jedynie w garniturowych spodniach, białej koszuli z elegancką stójką i odrobinę za dużej, szarej marynarce. Kanciasta, wysoka sylwetka, nieporadna nieomal, kontrowała długie, ciemne włosy, umykające nad linią bioder, układające się miękkimi falami. Czoło odrobinę zmarszczone przysłaniały kosmyki rzadkiej grzywki, nachodzącej odrobinę na bezkres piwnych tęczówek.
Nawet usta powlekła czerwoną szminką, zupełnie jakby miała dla kogo się uatrakcyjnić.
Usadowiwszy się przy barze, obserwowała ludzkie bezmiary przetaczające się przez poły kasyna, wsłuchując się w krzykliwe melodie i rzucane co umowne trzy sekundy przekleństwa – słodki, lepki syrop przegranej.
Nie planowała dzisiaj grać, jednak również nie planowała tutaj być.
Zamówiła jeden ze słodszych drinków, bazujących na tequili i soku pomarańczowym – ot, osłoda marnie przędzonego dnia, który miał zamknąć się z upływającymi miękko ku północy godzinami. Welon deszczu obmywającego miasto nie skłaniał jej do prędkiego opuszczenia przybytku, zachęcał wręcz odrobinę zbyt nierozsądnie do pozostania. Przykleiła usta do krawędzi wysokiej szklanki, wyłącznie po to, aby poczuć uderzenie słodyczy; to nadeszło, zgodnie z oczekiwaniem.
Widziała kątem oka, że zmierza w jej kierunku, a przez salwę myśli przetoczyła się ze szczególnym piętnem jedna, wyrażająca niemożliwe współczucie dla tego, kto zainicjuje rozmowę z nią w tak psim stanie; tak psim humorze.
– Nie wiem – rzekła chłodno, nie odrywając wzroku od zawartości szklanki, obmywającej łagodnie szkło przy lekkim kołysanie. – Wiem jednak, że ty na pewno masz pecha, skoro postanowiłeś zagadać do mnie – dodała.
I dopiero wtedy uniosła okolone wachlarzem rzęs, bezdenne tęczówki – równie mętne, co bezosobowe; jej zblazowana mimika ponownie wybiła się na przód, scalając się w kompozycję na tyle zniechęcającą do dalszej konwersacji, jak to tylko leżało w jej możebności.