25.03.2024, 04:40 ✶
— Ach...a więc to o takich pożarach mówiłeś — wygięła usta w subtelnym grymasie, a jej spojrzenie stało się tymczasem chłodne i nieruchome. Nie miała w zwyczaju wypowiadać podobnych myśli na głos, ale impuls był szybszy niż wyuczona roztropność. Uśmiechnęła się zaraz potem, rozbawiona, twarz zwracając ku otulających ich ciepłotą ostatnich tchnień słońca. Sufit utkany z nieśmiałych gwiezdnych kropek przywiódł jej na myśl Leviego i ich ostatnie spotkanie w Walii, z jakiegoś powodu również odbywające się nad wybrzeżem. Ale w Neapolu, na cudzej ziemi, czuła się inaczej, nieswojo i obco; ludzie byli głośni i ekspresyjni, dotykali oraz chcieli być dotykanymi, uśmiechali się i witali nawet z samego krańca przestronnej sali. W tej przytłaczającej wylewności, gubiła siebie i własny głos, który zamiast pisać narracje jej życia, panikował i roztaczał aurę dezercji.
Nie była urodzonym wojownikiem.
Pozbyła się obuwia, piaszczyste miejsce pod sobą urabiając ruchami własnego zadka, który jako zadek dobrze urodzonej panny, musiał siedzieć na czymś, co chociaż trochę przypominało ludzkie siedzisko. Morph tymczasem rozpakował kosze z łupami, a jej oczom ukazały się słodkości, których po kilkusekundowej ocenie, ewidentnie ze sobą nie wzięła. Przysunął rozkosznego ptysia do jej ust, w którego omal nie zdołała się wgryźć, ale nie, nie dane jej było ukąsić nieszczęśnika! Mężczyzna odebrał jej przysmak, śmiglanym ruchem powracając i licząc, iż i tym razem da się nabrać.
— Morpheusu — skarciła go, z przesadną pretensją w głosie — nie jestem dzieckiem!.
Niestety, nikt w całej historii ludzkości, kto poczuwał się do wypowiedzenia tego zdania, nie był w stanie nie brzmieć jak dziecko, z czym Septimka nie potrafiła się do końca pogodzić.
— Daj ptysia! — zażądała niegrzecznie, chowając za plecami butelkę z winem — negocjujmy.
Byle nie długo, mogłaby dodać, bo przecież zarówno jemu jak i jej, zależało aby ukoić nerwy płynną trucizną. Chciała, żeby spokój oblekł jej ciało, chciała, żeby oblekł jej umysł.
Czas wielokrotnie przeciekał przez jej palce, przemykał przez brudne sito postrzępionej świadomości, opadał w otwory źrenic i wsiąkał w nie niczym w ziemię, spragnioną i rozpulchnianą od wilgoci. Odkąd sięgała pamięcią, niewiele mogło się zmienić, gdy błąkała się, przeskakując pomiędzy rozwidleniami różnych, kapryśnie obranych ścieżek, ściśniętych i pozwijanych jak kapilary pod giętkim płótnem naskórka.
— Da się tego nauczyć? Ujarzmić czas?
Nie była urodzonym wojownikiem.
Pozbyła się obuwia, piaszczyste miejsce pod sobą urabiając ruchami własnego zadka, który jako zadek dobrze urodzonej panny, musiał siedzieć na czymś, co chociaż trochę przypominało ludzkie siedzisko. Morph tymczasem rozpakował kosze z łupami, a jej oczom ukazały się słodkości, których po kilkusekundowej ocenie, ewidentnie ze sobą nie wzięła. Przysunął rozkosznego ptysia do jej ust, w którego omal nie zdołała się wgryźć, ale nie, nie dane jej było ukąsić nieszczęśnika! Mężczyzna odebrał jej przysmak, śmiglanym ruchem powracając i licząc, iż i tym razem da się nabrać.
— Morpheusu — skarciła go, z przesadną pretensją w głosie — nie jestem dzieckiem!.
Niestety, nikt w całej historii ludzkości, kto poczuwał się do wypowiedzenia tego zdania, nie był w stanie nie brzmieć jak dziecko, z czym Septimka nie potrafiła się do końca pogodzić.
— Daj ptysia! — zażądała niegrzecznie, chowając za plecami butelkę z winem — negocjujmy.
Byle nie długo, mogłaby dodać, bo przecież zarówno jemu jak i jej, zależało aby ukoić nerwy płynną trucizną. Chciała, żeby spokój oblekł jej ciało, chciała, żeby oblekł jej umysł.
Czas wielokrotnie przeciekał przez jej palce, przemykał przez brudne sito postrzępionej świadomości, opadał w otwory źrenic i wsiąkał w nie niczym w ziemię, spragnioną i rozpulchnianą od wilgoci. Odkąd sięgała pamięcią, niewiele mogło się zmienić, gdy błąkała się, przeskakując pomiędzy rozwidleniami różnych, kapryśnie obranych ścieżek, ściśniętych i pozwijanych jak kapilary pod giętkim płótnem naskórka.
— Da się tego nauczyć? Ujarzmić czas?