25.03.2024, 09:02 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 25.03.2024, 22:52 przez Millie Moody.)
W swojej głowie Mills odliczała każdy rok. Minutę. Miesiąc. Jebany dzień.
To był kwiecień, jeszcze trzy miesiące i wypierdoli na wakacje do domu. To był szósty rok, za moment będzie siódmy i wypierdoli z tej pierdolonej szkoły.
To nie było tak, że nie lubiła Hogwartu. Razem ze swoją psiapsi z pokoju miała obnufczone większość kątów, nabrojone ile się dało, przerżane do poduszki nad Niecodziennymi Przygodami Panny Sary, przeryczane do poduszki, prześmiane, przepisane, przelatane, przebrojone, przepraszane...
Dupogodziny – tak to Mills nazywała, bo ciężko nie mieć ich wyrobionych, kiedy się razem mieszka i kiedy się razem cierpi na bezsenność. Jeśli ktokolwiek mieszkał tam jeszcze z nimi, musiał ich nienawidzić. Jadaczka się pannom nie zamykała.
Mildred miała takie poczucie roziskrzenia, naładowania. Gdyby była racjonalna (albo gdyby w Hogwarcie uczył ktokolwiek kompetentny mający jakiekolwiek pojęcie o pedagogice i dziecięcym rozwoju, kto miałby na nią oko) to wiedziałaby, że w takim stanie trzeba coś zrobić, żeby się uziemić, znaleźć swój piorunochron bezpieczny dla siebie i okolicy.
Ale nie, lepiej było iść do Hogsmead. Tak. Świetny pomysł.
– Nie wiem, nie wiem, chodźmy popatrzeć na miotły, miała być dostawa wczoraj i w ogóle mam, mam jakiś hajs może se kupie nowe czyściwo do witek. – tak, aby dorzucić je do tych sześciu nieotworzonych, kupowanych przy niemal każdym wychodnym weekendzie. Każde innej firmy, o nieco innych właściwościach, opisanych przez producenta i zdecydowanie podobnym jeśli nie identycznym składzie.
To był kwiecień, jeszcze trzy miesiące i wypierdoli na wakacje do domu. To był szósty rok, za moment będzie siódmy i wypierdoli z tej pierdolonej szkoły.
To nie było tak, że nie lubiła Hogwartu. Razem ze swoją psiapsi z pokoju miała obnufczone większość kątów, nabrojone ile się dało, przerżane do poduszki nad Niecodziennymi Przygodami Panny Sary, przeryczane do poduszki, prześmiane, przepisane, przelatane, przebrojone, przepraszane...
Dupogodziny – tak to Mills nazywała, bo ciężko nie mieć ich wyrobionych, kiedy się razem mieszka i kiedy się razem cierpi na bezsenność. Jeśli ktokolwiek mieszkał tam jeszcze z nimi, musiał ich nienawidzić. Jadaczka się pannom nie zamykała.
Mildred miała takie poczucie roziskrzenia, naładowania. Gdyby była racjonalna (albo gdyby w Hogwarcie uczył ktokolwiek kompetentny mający jakiekolwiek pojęcie o pedagogice i dziecięcym rozwoju, kto miałby na nią oko) to wiedziałaby, że w takim stanie trzeba coś zrobić, żeby się uziemić, znaleźć swój piorunochron bezpieczny dla siebie i okolicy.
Ale nie, lepiej było iść do Hogsmead. Tak. Świetny pomysł.
– Nie wiem, nie wiem, chodźmy popatrzeć na miotły, miała być dostawa wczoraj i w ogóle mam, mam jakiś hajs może se kupie nowe czyściwo do witek. – tak, aby dorzucić je do tych sześciu nieotworzonych, kupowanych przy niemal każdym wychodnym weekendzie. Każde innej firmy, o nieco innych właściwościach, opisanych przez producenta i zdecydowanie podobnym jeśli nie identycznym składzie.