25.03.2024, 14:47 ✶
Nie rozumiał co do niego mówi, lecz była ja trzcina opadająca pod ostrzem magicznego sierpu, eteryczna driada mówiąca językiem traw. Wiotka, lekka jak piórko, tak łatwa do uniesienia na może nie nazbyt rosłych, wciąż jednak muskularnych ramionach młodego już nie niedźwiedzia, młodego znów mężczyzny. Przytulił ją mocno do piersi, jakby nie ważyła nic i ruszył w kierunku domostwa swojego przyjaciela.
– Przepraszam zielona pani, przepraszam... Daj mi się sobą zaopiekować... – szeptał cicho, nie bacząc na to, że na czole rozkwitał różowo-fioletowy kwiat niedawnego uderzenia, zasadzony skwapliwie przez gnoma wyrzuconego już na orbitę innego gospodarstwa. – Daj zasadzić swoje korzenie w ciepłej ziemi, oblać łodygę kryształową wodą i wystawić znów Twe piękne oblicze ku słońcu... Daj poczuć znów oczom zachwycić się pięknem zielonych liści i złocistych płatków, daj zanurzyć w słodkiej woni lipcowego popołudnia... – słowa układały się na języku same, na pół świadome, dopieszczone śliną ziemniaczanego ludu, która tak pięknie sprzyjała artystom. Nic dziwnego że Lovegood wciąż pozwalał tym szkodnikom harcować po polanie.
– Niechże sen twój wędrowny zielenią poprzedzę! Weź kwiaty w jedną rękę, a w drugą weź miedzę, połóż kwiaty na rozstaju, zwilżyj miedzę w tym ruczaju, co wie o mnie, że trawą brzeg jego nawiedzę.– szeptał cicho całując czubek bolącej głowy, gdy weszli już do sieni. Rozejrzał się za wodą, chciał zapytać, czego byłoby jej potrzeba. Usta wiedzione jednak dalej natchnieniem nie zatrzymywały się przy tak prozaicznej potrzebie: – Cień twej głowy do moich przybłąkał się cieni. Wiem, że w oczach nie zdzierżysz tej wszystkiej zieleni, a co w oku się nie zmieści, to się w duszy rozszeleści! Jeszcze dusza ci nieraz żywcem się odmieni. –
W końcu podał jej i sobie tak wody jak i Arielowej nalewki, kiwając głową na boki, rozbawiony trochę i zestresowany w tej samej mierze całą sytuacją. Wskazał jej ugryzienie, licząc że zrozumie, a gdy w końcu ochłonęli, gdy popołudnie zapachniało im w pełni słodyczą zamkniętą miłością w butelce, rozpisali plan Wielkiego Cydrowego Biznesu.
Odkryj wiadomość pozafabularną
– Przepraszam zielona pani, przepraszam... Daj mi się sobą zaopiekować... – szeptał cicho, nie bacząc na to, że na czole rozkwitał różowo-fioletowy kwiat niedawnego uderzenia, zasadzony skwapliwie przez gnoma wyrzuconego już na orbitę innego gospodarstwa. – Daj zasadzić swoje korzenie w ciepłej ziemi, oblać łodygę kryształową wodą i wystawić znów Twe piękne oblicze ku słońcu... Daj poczuć znów oczom zachwycić się pięknem zielonych liści i złocistych płatków, daj zanurzyć w słodkiej woni lipcowego popołudnia... – słowa układały się na języku same, na pół świadome, dopieszczone śliną ziemniaczanego ludu, która tak pięknie sprzyjała artystom. Nic dziwnego że Lovegood wciąż pozwalał tym szkodnikom harcować po polanie.
– Niechże sen twój wędrowny zielenią poprzedzę! Weź kwiaty w jedną rękę, a w drugą weź miedzę, połóż kwiaty na rozstaju, zwilżyj miedzę w tym ruczaju, co wie o mnie, że trawą brzeg jego nawiedzę.– szeptał cicho całując czubek bolącej głowy, gdy weszli już do sieni. Rozejrzał się za wodą, chciał zapytać, czego byłoby jej potrzeba. Usta wiedzione jednak dalej natchnieniem nie zatrzymywały się przy tak prozaicznej potrzebie: – Cień twej głowy do moich przybłąkał się cieni. Wiem, że w oczach nie zdzierżysz tej wszystkiej zieleni, a co w oku się nie zmieści, to się w duszy rozszeleści! Jeszcze dusza ci nieraz żywcem się odmieni. –
W końcu podał jej i sobie tak wody jak i Arielowej nalewki, kiwając głową na boki, rozbawiony trochę i zestresowany w tej samej mierze całą sytuacją. Wskazał jej ugryzienie, licząc że zrozumie, a gdy w końcu ochłonęli, gdy popołudnie zapachniało im w pełni słodyczą zamkniętą miłością w butelce, rozpisali plan Wielkiego Cydrowego Biznesu.
Koniec sesji
wykorzystano fragmenty Łąka by B.Leśmian