25.03.2024, 16:33 ✶
- To brzmi intrygująco - powiedziała Brenna, rzucając McKinnonowi nieco uważniejsze spojrzenie znad swojego talerza. Nie zamierzał przychodzić? Zaproszono go w ostatniej chwili? Przyszedł jako osoba towarzysząca? Słyszała, że jest żonaty, ale staruszka siedząca po jego drugiej stronie raczej chyba tą żoną nie była... Zaraz jednak wszystko stało się jasne: czyli nie znał ani panny młodej, ani pana młodego...?
Nie miała pojęcia, czy chodzi mu o jakąś Longbottomię - sama odnosiła wrażenie, że ich rodzina wcale nie jest taka duża. Lestrangów czy Rookwoodów było chyba w Anglii znacznie więcej. Ale Longbottomowie zwykle trzymali się dość określonego miejsca w Ministerstwie i niektórzy byli dość energiczni, można więc pewnie było niekiedy mieć wrażenie, że ich jest dwa razy więcej niż w rzeczywistości...
- To zależy, kogo masz na myśli przez "nas"? Znam pannę młodą z Hogwartu, zbliżone roczniki, też Gryfonka, potem jakiś czas łączyły nas sprawy biznesowe. Scott, pan młody jest ze Stanów Zjednoczonych, poznałam go dopiero parę tygodni temu, kiedy zaczął spotykać się z Lenore. Bardzo romantyczna albo bardzo szalona historia, zależy jak spojrzeć, spotkali się i zaręczyli jeszcze tego samego dnia, bo podobno poczuli, że są bratnimi duszami - zrelacjonowała, milknąć tylko na jeden moment, kiedy przełykała ostatni kawałek swojego klopsika. Brenna akurat jeść lubiła, i zieleninę, i mięso, a szybka przemiana materii i duża aktywność sprawiały, że jadła zdecydowanie więcej niż większość dziewczyn w jej wieku.
- Skoro ich nie znasz... W takim razie jak się tutaj znalazłeś? Zostałeś niecnie porwany na wesele? - spytała, raczej zaintrygowana niż oburzona, że być może znalazł się tutaj bez zaproszenia. Bo może kryła się za tym jakaś interesująca historia? - Brenna, Brenna. I sądzę, że hm, kara śmierci to tak trochę za dużo na początek, ale już odrobina ostracyzmu towarzyskiego by nie zaszkodziła - roześmiała się na wpółserio, na wpółżartując. To znaczy, doskonale rozumiała wegetarian i zawsze bardzo starała się, aby na przyjęciach u nich nie zabrakło sałatek i przystawek bez mięsa, ale serwowanie zbyt małej ilości jedzenia dla gości uważała za absolutnie oburzające. Mogła najeść się sałatą i pomidorami, pod warunkiem, że było sporo tej sałaty i tych pomidorów!
Spojrzenie Brenny powędrowało w stronę tych biednych, porzuconych klopsów. Gdyby ktoś po prostu ich nie dojadł, raczej nie dorwałaby się do cudzego talerza - miała jednak jakąś odrobinę wyczucia i wykańczała jedzenie po innych głównie w gronie przyjaciół, poza tym właściciele mogliby wrócić. Wyglądało jednak na to, że para, która tam siedziała, wyszła wcześniej. Zabrali rzeczy, które leżały tam, zanim podano posiłek, a ten faktycznie już niemal zdążył wystygnąć: jeszcze chwila i sos będzie całkiem zimny! A to był taki dobry sos.
- W takim wypadku musimy zająć się tymi biednymi, porzuconymi klopsami - zgodziła się więc bez oporów, bo podobnie jak Hades była osobą, chętnie zjadającą dwa posiłki. A w tej chwili czasu i przestrzeni nie miała absolutnie nic wobec McKinnona: nie kojarzyła jeszcze powiązań rodzinnych Borginów aż tak mocno, i nie znała pełnej historii tego rodu, a wojna dopiero wkrótce miała zamajaczyć na horyzoncie... - Jeszcze potem trafią do kosza, a to byłaby prawdziwa zbrodnia - powiedziała, podnosząc się z miejsca, faktycznie gotowa przejść na drugą stronę stołu. Bo właściwie to dlaczego nie?
Nie miała pojęcia, czy chodzi mu o jakąś Longbottomię - sama odnosiła wrażenie, że ich rodzina wcale nie jest taka duża. Lestrangów czy Rookwoodów było chyba w Anglii znacznie więcej. Ale Longbottomowie zwykle trzymali się dość określonego miejsca w Ministerstwie i niektórzy byli dość energiczni, można więc pewnie było niekiedy mieć wrażenie, że ich jest dwa razy więcej niż w rzeczywistości...
- To zależy, kogo masz na myśli przez "nas"? Znam pannę młodą z Hogwartu, zbliżone roczniki, też Gryfonka, potem jakiś czas łączyły nas sprawy biznesowe. Scott, pan młody jest ze Stanów Zjednoczonych, poznałam go dopiero parę tygodni temu, kiedy zaczął spotykać się z Lenore. Bardzo romantyczna albo bardzo szalona historia, zależy jak spojrzeć, spotkali się i zaręczyli jeszcze tego samego dnia, bo podobno poczuli, że są bratnimi duszami - zrelacjonowała, milknąć tylko na jeden moment, kiedy przełykała ostatni kawałek swojego klopsika. Brenna akurat jeść lubiła, i zieleninę, i mięso, a szybka przemiana materii i duża aktywność sprawiały, że jadła zdecydowanie więcej niż większość dziewczyn w jej wieku.
- Skoro ich nie znasz... W takim razie jak się tutaj znalazłeś? Zostałeś niecnie porwany na wesele? - spytała, raczej zaintrygowana niż oburzona, że być może znalazł się tutaj bez zaproszenia. Bo może kryła się za tym jakaś interesująca historia? - Brenna, Brenna. I sądzę, że hm, kara śmierci to tak trochę za dużo na początek, ale już odrobina ostracyzmu towarzyskiego by nie zaszkodziła - roześmiała się na wpółserio, na wpółżartując. To znaczy, doskonale rozumiała wegetarian i zawsze bardzo starała się, aby na przyjęciach u nich nie zabrakło sałatek i przystawek bez mięsa, ale serwowanie zbyt małej ilości jedzenia dla gości uważała za absolutnie oburzające. Mogła najeść się sałatą i pomidorami, pod warunkiem, że było sporo tej sałaty i tych pomidorów!
Spojrzenie Brenny powędrowało w stronę tych biednych, porzuconych klopsów. Gdyby ktoś po prostu ich nie dojadł, raczej nie dorwałaby się do cudzego talerza - miała jednak jakąś odrobinę wyczucia i wykańczała jedzenie po innych głównie w gronie przyjaciół, poza tym właściciele mogliby wrócić. Wyglądało jednak na to, że para, która tam siedziała, wyszła wcześniej. Zabrali rzeczy, które leżały tam, zanim podano posiłek, a ten faktycznie już niemal zdążył wystygnąć: jeszcze chwila i sos będzie całkiem zimny! A to był taki dobry sos.
- W takim wypadku musimy zająć się tymi biednymi, porzuconymi klopsami - zgodziła się więc bez oporów, bo podobnie jak Hades była osobą, chętnie zjadającą dwa posiłki. A w tej chwili czasu i przestrzeni nie miała absolutnie nic wobec McKinnona: nie kojarzyła jeszcze powiązań rodzinnych Borginów aż tak mocno, i nie znała pełnej historii tego rodu, a wojna dopiero wkrótce miała zamajaczyć na horyzoncie... - Jeszcze potem trafią do kosza, a to byłaby prawdziwa zbrodnia - powiedziała, podnosząc się z miejsca, faktycznie gotowa przejść na drugą stronę stołu. Bo właściwie to dlaczego nie?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.