Słusznie, że tak ich nie uznał, bo to nie był przytyk na tu i teraz, to nie była obraza przy innych ludziach, tylko komentarz do tego, że pewne skrajności mogą być błędne. Ale rzeczywiście dla kogoś mogło to brzmieć inaczej, interpretacja pozostawała otwarta, a czasem, szczególnie w przypadku słów, możliwość posiadania wolnej interpretacji była błędem. Nie równała się poznawaniu dzień sztuki, opatrywaniu ich nalepkami lubię czy nie lubię, albo wierzę, że kolor czerwony znaczy, ŻE. W komunikacji złe zrozumienie drugiej strony potrafił w jednej chwili doprowadzić do perturbacji, szczególnie kiedy mówiliśmy o przypadku tej dwójce. Nawet kiedy się starali zawsze coś musiało się spieprzyć. Laurent naprawdę przestał wierzyć, że wszystko może dobrze się skończyć i wszystko będzie... na wesoło, na pozytywnie. Może potem się zepsuje, pewnie tak. Teraz jednak łapał lepszy nastrój. Pozytywny szum morza, którego fale rozbijały się na potężnym kadłubie statku.
Tu i teraz, bo rozmawiali o farbach, bo świeciło słońce, bo wiatr przeczesywał jego włosy i bawiła go ta sytuacja i cieszył się z malującego Philipa, spodziewając się malunku pokroju dziecka. Sam fakt, że chciał narysować fokę, był bardzo miły, tak po prostu. Niby TYLKO zwykłe zwierzątko, ale przecież znaczyło odrobinę więcej. To nieśmiałe przeczucie Philipa było całkowicie trafne. Sam temat był przecież filozoficzną wizją podaną na tacy przez Williama, do którego nie uciekało spojrzenie Laurenta. Trzymał je teraz na Philipie.
- Podobno mógłbym zostać też poetą, pisałbym piękne wiersze, śpiewakiem, bo zachwyciłbym tłumu i modelem, bo mam magnetyczną osobowość. - Rozbłysnęły mu oczy, kiedy mówił o tym żartem, ale tak - takie zdania już słyszał. Każdego się wypierał, do niemal każdego uważał, że się nie nadawał. Poza tym śpiewaniem. Chciałby śpiewać. I chciałby pełne fascynacji spojrzenia wetknięte w jego sylwetkę. Tą miłość tłumu. To uwielbienie. Jadło się też to z drugą odsłoną popularności - czyli wrogością i krytycyzmem, ale nie było takiego miejsca, gdzie droga była usłana tylko kwiatkami. - Dopiszę więc sobie propozycję zostania malarzem. Na razie jednak skończę na malowaniu moimi palcami szlaków po skórze. - Uniósł kąciki ust w nieco figlarnym uśmiechu, ale nawet mimo figlarności nadawał on niewinnego wyrazu jego twarzy. - Dzięki bądźmy Matce Wodzie, że wyobraźnię mam całkiem niezłą. - Odepchnął się od barierki i wrócił na poprzednie miejsce, dopiero teraz z ciekawością spoglądając na to, co tam inni tworzyli. W końcu też odnalazł ich kelner z baru i przyniósł te postawione zamówienia na stoliku obok nich. Laurent chętnie usiadł z herbatką, żeby obserwować cały proces. - Wiesz, że można też malować palcami? Albo drugą stroną pędzla? Wtedy efekt pociągnięcia farby jest zupełnie inny.