25.03.2024, 22:42 ✶
Nie do końca pojmował co działo się dookoła. Dał się zaprowadzić do domu Samuela, do... Zaraz, gdzie mieli iść? Już nie pamiętał. Z przygnębieniem i niezrozumieniem przyglądał się bliskim powitaniom jakie serwowali sobie mężczyźni, bo... To byli mężczyźni? Ledwo widział na oczy i przez alkohol i przez senność i przez łzy, jakie co chwila chciały napływać stadem do oczu, ale o dziwo udawało mu się je powstrzymywać.
Bezmyślnie wzniósł toast, a później tak samo bezmyślnie zasnął w łóżku, które dla dwóch osób i niedźwiedzia było nieco za małe, aby móc swobodnie się rozłożyć. Nie narzekał jednak, dopóki nie przyszedł poranek. Jedna strona ciała rozgrzana od futrzastego grzejnika, druga nieco bardziej zmarznięta pomimo napalenia w piecu, w kominku? Otworzył oczy i ból polibacyjny napadł jego głowę kłując igłami, zmuszając do odleżenia jeszcze kilku chwil zanim umysł pojął, że czas wracać do rzeczywistości. Praca, samochód, zioła, czekający rodzice... Jakim więc cudem wylądował w kuchni razem z tymi tu... Jak im było. Dalej nie pojmował czemu tu jest i nie rozumiał dlaczego jeszcze nie wyszedł, bo chciał wstać i pójść, ale głupio mu było i nie umiał się zdobyć na odwagę. Tak po prostu powiedzieć ,,No na mnie czas"? To jak wyjść przedwcześnie z imprezy. Stał ze szklanką wody i nie wyszedł, choć czuł się tu mocno nie na miejscu, jak przeszkoda, ktoś kto musiał stanąć akurat przy tej szafce, z której każdy czegoś potrzebuje.
Z poczuciem winy przerzucał spojrzenia z jednej osoby na drugą, na szklankę wody, na dłonie, na podłogę. Myśli znów go nawiedzały, głównie dlatego, że nie pamiętał w pełni co powiedział i komu powiedział, czy się poryczał? Możliwe, chociaż... Nie... Nie wiedział i chyba nie chciał wiedzieć.
Bezmyślnie wzniósł toast, a później tak samo bezmyślnie zasnął w łóżku, które dla dwóch osób i niedźwiedzia było nieco za małe, aby móc swobodnie się rozłożyć. Nie narzekał jednak, dopóki nie przyszedł poranek. Jedna strona ciała rozgrzana od futrzastego grzejnika, druga nieco bardziej zmarznięta pomimo napalenia w piecu, w kominku? Otworzył oczy i ból polibacyjny napadł jego głowę kłując igłami, zmuszając do odleżenia jeszcze kilku chwil zanim umysł pojął, że czas wracać do rzeczywistości. Praca, samochód, zioła, czekający rodzice... Jakim więc cudem wylądował w kuchni razem z tymi tu... Jak im było. Dalej nie pojmował czemu tu jest i nie rozumiał dlaczego jeszcze nie wyszedł, bo chciał wstać i pójść, ale głupio mu było i nie umiał się zdobyć na odwagę. Tak po prostu powiedzieć ,,No na mnie czas"? To jak wyjść przedwcześnie z imprezy. Stał ze szklanką wody i nie wyszedł, choć czuł się tu mocno nie na miejscu, jak przeszkoda, ktoś kto musiał stanąć akurat przy tej szafce, z której każdy czegoś potrzebuje.
Z poczuciem winy przerzucał spojrzenia z jednej osoby na drugą, na szklankę wody, na dłonie, na podłogę. Myśli znów go nawiedzały, głównie dlatego, że nie pamiętał w pełni co powiedział i komu powiedział, czy się poryczał? Możliwe, chociaż... Nie... Nie wiedział i chyba nie chciał wiedzieć.