25.03.2024, 22:51 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 25.03.2024, 22:52 przez Millie Moody.)
– Słuchaj zawsze lepiej latać na czymś ze Spinwitches, niż na tych szkolnych patykach do grzebania w dupie hipogryfowi.– żachnęła się ze znawstwem Mildred, największa znawczyni spraw wszelakich a już na pewno, który sklep lepszy. Problem z miotłami tej czarnowłosej wiedźmy polegał na tym, że trzeba było spieszyć się w ich kochaniu, bo bardzo szybko odchodziły. Ostatnia sprawa z piorunem utwierdziła ją w tym przekonaniu. Miotły były po to, żeby ich używać.
Chociaż teraz mogło być inaczej. Teraz oblatywała stadion na miotle swojego brata, więc nagle jej nocna szafka wypełniła się pastami do pielęgnacji Każdej. Najdrobniejsze. Miotlarskiej. Pierdoły. Miotła też nie zostawała na noc w szopie tam gdzie powinna, tylko wracała z dziewczynami do pokoju. Na wszelki wypadek.
Witryna sklepu nie zmieniła się za bardzo. Moody doskonale zdawała sobie sprawę, że eksponowany egzemplarz jest z poprzedniego sezonu. Ale podobał jej się odcień drążka, nagle zafiksowała się na nim rozważając, czy dałoby radę podrasować trochę to na czym sama latała, tak żeby nie naruszyć struktury drewna. Machoniowa czerń wpadająca w brązowe tony wydała jej się tak bardzo przypominająca...
– Na chuj się patrzysz na to szczurze, skoro i tak nie masz za co sobie takiej kupić Moody? Ale wiesz co, jak twój stary obciągnie mojemu, to odpalę Ci procent ze swojego kieszonkowego. Daj znać w domu, zrobisz na tym interes życia zjarana dziwko!
W pierwszej chwili w ogóle nie zorientowała się kto do niej mówi i co. Zamrugała kilkukrotnie i spojrzała na Stonks z niedowierzaniem. Może jej się tylko wydawało? Jej przyduża szata zaczęła drapać, ręce zaświeżbiły łapiąc w powietrzu na ślepo, jakby szukając drzewca różki. Zęby zazgrzytały bezgłośnie.
– Coś. Ty. Powiedział. Śmierdzący. Cwelu? – wycedziła odwracając się w zwolnionym tempie, do pary ślizgonów, która właśnie wyszła z miotlarskiego sklepiku.
Chociaż teraz mogło być inaczej. Teraz oblatywała stadion na miotle swojego brata, więc nagle jej nocna szafka wypełniła się pastami do pielęgnacji Każdej. Najdrobniejsze. Miotlarskiej. Pierdoły. Miotła też nie zostawała na noc w szopie tam gdzie powinna, tylko wracała z dziewczynami do pokoju. Na wszelki wypadek.
Witryna sklepu nie zmieniła się za bardzo. Moody doskonale zdawała sobie sprawę, że eksponowany egzemplarz jest z poprzedniego sezonu. Ale podobał jej się odcień drążka, nagle zafiksowała się na nim rozważając, czy dałoby radę podrasować trochę to na czym sama latała, tak żeby nie naruszyć struktury drewna. Machoniowa czerń wpadająca w brązowe tony wydała jej się tak bardzo przypominająca...
– Na chuj się patrzysz na to szczurze, skoro i tak nie masz za co sobie takiej kupić Moody? Ale wiesz co, jak twój stary obciągnie mojemu, to odpalę Ci procent ze swojego kieszonkowego. Daj znać w domu, zrobisz na tym interes życia zjarana dziwko!
W pierwszej chwili w ogóle nie zorientowała się kto do niej mówi i co. Zamrugała kilkukrotnie i spojrzała na Stonks z niedowierzaniem. Może jej się tylko wydawało? Jej przyduża szata zaczęła drapać, ręce zaświeżbiły łapiąc w powietrzu na ślepo, jakby szukając drzewca różki. Zęby zazgrzytały bezgłośnie.
– Coś. Ty. Powiedział. Śmierdzący. Cwelu? – wycedziła odwracając się w zwolnionym tempie, do pary ślizgonów, która właśnie wyszła z miotlarskiego sklepiku.