Gerry nie umiała sobie wyobrazić, czym innym mogłaby się zajmować. Od zawsze ukierunkowywała się w tę dziedzinę związaną z rodzinną działalnością, też miała spore szczęście, że tak łatwo jej to przychodziło. Nigdy tak naprawdę też się nie zastanawiała, co innego mogłaby robić. Duży problem na pewno sprawiałaby jej normalna praca. Nie umiała siedzieć na tyłku, nie potrafiła wykonywać poleceń, bo zawsze robiła to, na co miała ochotę. Trudno jej też było umiejscowić się w jakikolwiek w mugolskim świecie, tyle, że ona od zawsze wiedziała, że będzie czarownicą. Thomas przeżył skok na głęboką wodę, kiedy skończył jedenaście lat. Otworzyły mu się drzwi do świata, o którego istnieniu nie wiedział, to na pewno było trudne, szczególnie, że był jedynym członkiem swojej rodziny, który posiadł ten dar. Fascynujące było to, że magia sama wybierała tych, którzy mogli nią władać. Yaxley uważała, że w tym wypadku był to naprawdę odpowiedni wybór, nie mogło lepiej trafić, bo Thomas robił z tych umiejętności bardzo dobry użytek, odnalazł się jakoś w ich świecie i radził sobie w nim zadziwiająco dobrze. Był idealnym przykładem na to, że te farmazony czystokrwistych czarodziejów nie mają najmniejszego sensu.
- Widły wyglądają jak coś, co można komuś skutecznie wbić w każdą część ciała. - Uśmiechnęła się na te słowa, bo jak widać dzieciństwo na wsi wszędzie wyglądało podobnie. Ona też spędziła dni, a nawet miesiące na włóczeniu się po okolicznych lasach w towarzystwie swoich braci i kuzynów, co czasem bywało niebezpieczne. - Coś ty, moje dzieciństwo nie było jakieś super ekscytujące, fakt, ojciec nie miał wyobraźni i podsuwał mi pod nos zabawki, które niekoniecznie powinny dzieci mieć w rękach, ale na tym się kończy ta cała nadzwyczajność. - Nie uważała, żeby to było w jakikolwiek sposób wyjątkowe.
Właśnie o to jej chodziło, zaczęłaby się do niego ustawiać kolejka głodnych współpracowników, co pewnie szybko skończyłoby się na tym, że znienawidziłby to gotowanie, bo przestałoby być przyjemnością, ale już nie będzie taka. Pozostanie to ich tajemnicą.
- Może kiedyś skorzystam z okazji, pewnie nawet nie zauważą jednej osoby więcej przy śniadaniu. - Słyszała, że Longbottomowie są bardzo otwarci na gości, co zresztą potwierdzał fakt, że przyjęli pod swój dach Thomasa.
- Właśnie nie do końca, bo ten rok się zaczął trochę słabo dla mojej rodziny. - Nie do końca wiedziała, czy jest to odpowiedni moment na to, żeby podzielić się z nim tym, że jej brat stał się wampirem, a wcześniej umarł na jej rękach. Było to dosyć bolesne wspomnienie, a teraz mieszkał z nią, bo musiała go pilnować i pomóc mu się odnaleźć w tej sytuacji. Obiecała ojcu, że o niego zadba. - Chętnie bym się wybrała gdzieś do Azji, czy Ameryki Południowej, bo można tam spotkać naprawdę ciekawe gatunki bestii, ale chyba nie w tym roku. Do tego wiesz, to całe napięcie polityczne, czuję się, jakbym czekała kiedy to wszystko faktycznie wybuchnie, bo po Beltane póki co jest spokój. - Tyle, że nie mieli pojęcia, do kiedy właściwie potrwa i to było najgorsze. Czuła się w pewien sposób odpowiedzialna za swoją rodzinę i wolałaby nie wyjeżdżać z Anglii na dłużej w tej sytuacji.
- To dobrze, bo w sumie kto jak kto, ale Erik jest godny zaufania, razem nie powinno wam się nic złego przytrafić. - Partner był dość istotną sprawą, gdy przychodziło do mierzenia się z czarnoksiężnikami, ćwiczyła z Erikiem od lat, więc wiedziała, że jest w formie.
- Sromotnie przegrałam z nim nasz ostatni sparing szermierczy, trochę wstyd się do tego przyznać, ale nie potrzebuję pomocy, zamierzam się odpłacić z nawiązką. - Nie znosiła przegrywać, więc pewnie zrobi wszystko, żeby udowodnić Erikowi, że jest od niego silniejsza. Nie chodziło to nawet o ten wstrząs mózgu, którego się nabawiła, a o to, że później tak łatwo przyszło mu wyśpiewanie wszystkiego Florence, myślała, że będzie ją krył, a ten bez ceregieli zaczął mówić o tym, że przesadza i sobie nie radzi. Miał tupet, niby wiedziała, że chciał w ten sposób przemówić jej do rozsądku, ale nie do końca się jej to podobało.
- Z czasem pewnie więcej się o mnie dowiesz, ale są różne rzeczy, zresztą, każdy ma jakieś swoje ciemne strony. - Może i nie było to zabijanie ludzi, jednak w każdym była odrobina ciemności, która ujawniała się w różnych momentach, chociaż kiedy tak spoglądała na Thomasa, to miała wrażenie, że akurat on jest niesamowicie czystą osobą, nieskalaną żadnym mrokiem. Dobrze było wiedzieć, że są jeszcze tacy ludzie.
- Jest to całkiem niezłe rozwiązanie, w domu się pewnie ucieszą, że przyniosłam jedzenie, bo rzadko mi się to zdarza. - Może nie Ast, bo on wolał pić krew, ale ta jego dziewczyna pewnie będzie zadowolona.
Ta cisza, która między nimi zapadła po nie do końca przemyślanych słowach była dla niej bardzo dramatyczna. Trochę się bała, że może nie powinna mówić tego na głos, że lepiej było ugryźć się w język. Tyle, że już za późno, te słowa padły i Hardwick na pewno je usłyszał.
- To nie do końca tylko twoja wina, też mogłam odezwać się szybciej. - Alkohol pomagał jej składać myśli w słowa, chociaż wcale nie wypiła jeszcze tak dużo, może było to złudne uczucie, jednak działało. - Może po prostu zapomnijmy o tym Beltane? - Sama najchętniej wymazałaby to po prostu z pamięci, ten durny rytuał, który ją omamił. - Nie jesteś idiotą Tommy, co to, to nie. - Ton jej głosu był bardzo spokojny, widać było, że nie miała do niego o to żalu, bo czuła, że po części była to również jej wina. - i zapamiętaj, nigdy się mi nie narzucasz, to tak na przyszłość. - Najwyraźniej żadne z nich do końca nie potrafiło się odnaleźć w tej sytuacji, każde chciało coś powiedzieć, ale wcale nie tak łatwo było mówić o uczuciach. - i hej, uśmiechnij się, przecież jesteśmy tu teraz razem, pijemy zajebistą whisky, a zaraz będziemy jeść pewnie jedne z najlepszych potraw, jakie przyjdzie mi posmakować, to naprawdę dobry dzień. - Nie chciała, żeby dalej roztrząsali to, co się nie wydarzyło, albo się wydarzyło, łatwiej było ruszyć do przodu i zostawić to za sobą.