26.03.2024, 00:03 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 26.03.2024, 00:22 przez Alexander Mulciber.)
- Chciałbym, żeby to nie był sen – odpowiedział z rozmysłem Axel, a na jego twarzy – w miejsce wcześniejszego uśmiechu – zagościł ten sam nieprzenikniony wyraz, który towarzyszył mu zawsze, gdy skupiał się na interpretacji wróżb. Być może właśnie to robił, czekając na reakcję Ambrosii: próbował odcyfrować znaczenie jej hieroglifowego spojrzenia, studiował z wnikliwością drobne zmiany w jej mikroekspresjach, tak jakby obserwował ruchy planet na niebie: uśmiech Rosie był Słońcem w trygonie do Wenus, zaś drobna zmarszczka pojawiająca się między brwiami, kiedy przesuwała wzrokiem po jego poobijanej twarzy… Nie pierwszy raz przeklinał dziś w myślach Louvaina.
Lestrange nie dawał o sobie zapomnieć, choć to nie fizyczny ból najbardziej przeszkadzał posiniaczonemu Alexandrowi, tylko wciąż tkliwa duma. Nigdy nie przepadał za bliźniakiem Loretty – „nie przepadał” było oczywiście eufemizmem na pełną wyższości pogardę, jaką żywił wobec tego niewydarzonego gnojka, który wyżej srał, niż miotłę miał – ale od czasu tego żałosnego pojedynku pozbył się jakichkolwiek skrupułów, jakie mógł żywić w stosunku do Louvaina jako brata swojej żony. Wystarczyło, że przypomniał sobie obelgi, które gówniarz skierował w stronę jego i jego rodziny, i już swędziały go pięści… Choć ten zrobił mu przynajmniej tę przysługę, że oszczędził mu swojego wściekłego jazgotania, bo po jednym z silniejszych ciosów Lestrange’a – po którym Mulciber wyrżnął o coś twardego głową – mężczyźnie zaczęło tak głośno dzwonić w uchu, że większość obelg ginęła w tym huku zaraz po rzuceniu ich w eter.
Powinien zrobić listę ludzi, których należało nauczyć dobrych manier, stwierdził, choć na ten moment to nie Lestrange miał znaleźć się na jej szczycie, a ktokolwiek, kto skrzywdził jego Rosie.
Ambrosia mogła uważać się za kogoś, kto lepiej zna się na wyrokach przeznaczenia aniżeli rodowity jasnowidz, zwłaszcza, kiedy w grę wchodziła jego przyszłość – ich przyszłość? – ale musiała zapomnieć, że on też ją znał, i to być może lepiej, niż ktokolwiek inny, i wiedział, że teraz potrzebuje wszystkiego, tylko nie samotności: znał Rosie dziewczynkę, która tupała nóżką, kiedy coś jej nie wychodziło, pamiętał ją jako krnąbrną nastolatkę, śmiejącą się z niego z wyższością znad jakiejś książki, wreszcie, jako kobietę, którą się przy nim stała. Napisał do niej jak tylko wrócił do domu – czy raczej do Londynu, bo Alex nie uważał, żeby gdziekolwiek czuł się w pełni w domu, może poza Francją i tym wozem pomalowanym złuszczającą się już od słońca farbą – i odetchnął z ulgą, kiedy odpowiedź nadeszła mimo wszystkiego, co ostatnio między nimi zaszło.
Francja uświadomiła mu, że musi znów spojrzeć w przyszłość.
Wciąż, wszystko to było cholernie trudne, kiedy czuł na barkach ciężar przeszłych grzechów – i przeszłych radości.
Kiedy, chociaż bardzo chciał myśleć, że wreszcie zdołał się zmienić, wciąż był taki sam: wciąż popełniał te same błędy, nie potrafił powściągnąć temperamentu, pakował się w walki, które nie były nawet jego walkami, łykał namiętnie eliksiry, i żył wspomnieniami, jak sentymentalny głupiec, którym zawsze był, i wciąż czekał.
Wciąż był tym samym, starym Alexandrem Mulciberem, który wzdragał się na samą myśl o tym, że ona przestałaby czekać na niego.
– Zastąpić? Mówimy dalej o tej zasranej sukience, czy pijesz do czegoś więcej? – Słowa, które padały teraz gradem z jego ust były ciche, ale przepełnione dziwną gwałtownością. Widzę cię wszędzie, musiałbym sobie wyłupić trzecie oko, żeby było inaczej, a nawet wtedy nic by mi to nie dało, McKinnon, miał ochotę jej wygarnąć. Ale wtedy pomyślał, że Terezjasz – wróżbita, który przyszedł do Odyseusza jako duch, by przepowiedzieć mu przyszłość – był przecież ślepcem.– Zdjąłbym ją z ciebie choćby i teraz, ale powiedz, kochałabyś mnie, gdybym to zrobił? Chciałabyś mnie, gdybym cię tak poniżył, Rosie? – W oczach Alexandra błyszczało wyzwanie. – Nie, oczywiście, że byś nie chciała. Wiesz dlaczego? Ponieważ cię kocham – a nie kochałbym kobiety, która pozwoliłaby się tak poniżyć. – Nie kochałbym jej, bo nie byłaby tobą, dopowiedział gorzko w myślach to, do czego nie mógłby się przyznać głośno. W umyśle Mulcibera, Ambrosia wciąż jawiła się bowiem jako doskonałe ucieleśnienie tego, czego chciał od kobiety. Tylko przy niej myślał o takich rzeczach jak zwykła ludzka przyzwoitość. Zawsze wymagał od siebie więcej, kiedy chodziło o Ambrosię, tak, jakby przy niej musiał być najlepszą wersją siebie. – Gdyby wystarczyło ci bycie moją kochanką, pojechałabyś ze mną wtedy do Grecji – – szepnął gorączkowo. – Wtedy, te siedem lat temu – nie bacząc na to, co powiedział—Do jasnej cholery, Rosie. – Kurwa, tak ją wtedy nazwał. Urwał gwałtownie, kręcąc głową. Nie zamierzał do tego wracać, rozdrapywać starych ran; nie, kiedy oboje wciąż byli poturbowani przez życie i nosili na sobie ślady wciąż świeżych walk. – Musiałaś spytać o ten zasrany pojedynek? Nie jestem z tego dumny. Przepraszam. Przyszedłem tu powiedzieć ci „przepraszam”, uwierz mi.
Czy było chociaż warto?, spytała wcześniej Ambrosia – bez zwyczajnej przygany w głosie, a raczej z tą dziwną, obcą nutą, której nie umiał do końca umiejscowić w skomplikowanym spektrum emocji – tych samych, których nigdy nie potrafił zrozumieć.
Nagle poczuł się bardzo zmęczony.
Wciąż był tym samym Alexandrem, który mówił złe rzeczy w najgorszym możliwym momencie.
Nigdy nie radził sobie ze słowami. To dlatego, że nigdy nie umiał nazywać uczuć wprost – pogmatwane, niejasne, głuchym echem rozbijały się o ściany jego czaszki, a on nie mógł normalnie otworzyć ust i wypowiedzieć choćby słowa, bo inaczej wywołałby lawinę – w głowie Alexa wszystko było właśnie takie, ujęte w niezrozumiałe metafory i mętne porównania. Jego uczucia były przepowiedniami, których znaczenia nie potrafił nigdy pojąć, niemożliwym do zrozumienia misterium, mieniącym się miriadami znaczeń, pozostającym tajemnicą dla każdego – a najbardziej dla samego Alexandra.
Ale przecież kiedyś wiedział, co powinien powiedzieć. Dalej pamiętał to, co mówił Ambrosii siedem lat temu, wtedy, gdy próbował ją odzyskać.
Złożył jej wtedy wiele pięknych obietnic. Najlepsze – i najgorsze zarazem – było to, że wszystkie te obietnice były absolutnie szczere – tak, wierzył we wszystko, co jej wtedy powiedział – nieważne, jak miałko brzmiało to w perspektywie teraźniejszości.
Zmienię się, Rosie powtarzał, trzymając ją w objęciach, tak jak robił to teraz. To się więcej nie powtórzy, obiecywał, chociaż ona milczała obojętnie albo odwracała od niego twarz. Będę dla ciebie dobry, szeptał. Zadbam o ciebie, zaopiekuję się tobą. Przecież było nam tak dobrze razem – nie potrzebuję nikogo oprócz ciebie – obiecuję, nigdy nie zobaczysz mnie z inną. I wiecznie ta sama litania: Kocham cię. Wróć do mnie. Wyjdź za mnie. Wyjedź ze mną. Była wtedy tak blisko, bliżej, niż teraz: przyciągnął ją, gdy uwiesiła się na jego ramieniu, ignorując nieprzyjemne wrażenie rozlewające się wzdłuż jego ramienia, kiedy zacisnęła palce mocniej, jakby chciała wbić paznokcie w jego rękę. Obrócił nieznacznie głowę, tak, by jej syczący szept wpadał do zdrowego ucha, by nie uronić ani jednego słowa. Jak zawsze zachowywali pozory spokoju, chociaż oboje zdawali się wręcz kipieć od emocji. Wtedy, siedem lat temu, kiedy mówił jej wszystkie te rzeczy, nie był tak spokojny: wtedy był jak w transie, a słowa płynęły wartko. Zamieszkajmy razem. Zostańmy na jakiś czas w Grecji, tylko my, we dwoje – nie, zostań tam ze mną na zawsze. Załóżmy rodzinę. Zróbmy sobie dzieciaka. Chcę się z tobą zestarzeć.
We Francji przypomniała mu o tym, że kiedyś miał odwagę myśleć o takiej przyszłości. Teraz mógł co najwyżej wspominać z pewnym rozczuleniem te ich dziecinne marzenia, śmiać się z tego, jak czas zweryfikował obietnice gówniarza, który serią kilku złych decyzji podjętych siedem lat temu zniszczył sobie życie, chociaż zawsze arogancko utrzymywał, ze doskonale wie, co szykuje dla niego los. Ale przecież ciężar kobiety w jego ramionach był tak kojąco znajomy, chociaż ona też się zmieniła: i być może ta marna sukienka uświadomiła mu dopiero, jak bardzo. A jednocześnie, czy nie wrócili teraz do punktu wyjścia…?
Więc mówisz, że na mnie czekałaś, Rosie?, pomyślał. Oddech mu zadrżał. Czy na pewno było warto?
- Teraz jestem tutaj – odezwał się wreszcie. Jego dłonie opierały się bezpiecznie na talii kobiety, kiedy trwali tak, zasłonięci przed wzrokiem przechodniów przez półmrok bocznej uliczki. Oczy błądziły po jej twarzy, od ust, do oczu, i z powrotem, szukając… Czegoś. Czegoś z pogranicza przeszłości i przyszłości. Ton Alexandra był nienaturalnie spokojny. – I mam też coś dla ciebie, choć nie jest to nowa sukienka.
Lestrange nie dawał o sobie zapomnieć, choć to nie fizyczny ból najbardziej przeszkadzał posiniaczonemu Alexandrowi, tylko wciąż tkliwa duma. Nigdy nie przepadał za bliźniakiem Loretty – „nie przepadał” było oczywiście eufemizmem na pełną wyższości pogardę, jaką żywił wobec tego niewydarzonego gnojka, który wyżej srał, niż miotłę miał – ale od czasu tego żałosnego pojedynku pozbył się jakichkolwiek skrupułów, jakie mógł żywić w stosunku do Louvaina jako brata swojej żony. Wystarczyło, że przypomniał sobie obelgi, które gówniarz skierował w stronę jego i jego rodziny, i już swędziały go pięści… Choć ten zrobił mu przynajmniej tę przysługę, że oszczędził mu swojego wściekłego jazgotania, bo po jednym z silniejszych ciosów Lestrange’a – po którym Mulciber wyrżnął o coś twardego głową – mężczyźnie zaczęło tak głośno dzwonić w uchu, że większość obelg ginęła w tym huku zaraz po rzuceniu ich w eter.
Powinien zrobić listę ludzi, których należało nauczyć dobrych manier, stwierdził, choć na ten moment to nie Lestrange miał znaleźć się na jej szczycie, a ktokolwiek, kto skrzywdził jego Rosie.
Ambrosia mogła uważać się za kogoś, kto lepiej zna się na wyrokach przeznaczenia aniżeli rodowity jasnowidz, zwłaszcza, kiedy w grę wchodziła jego przyszłość – ich przyszłość? – ale musiała zapomnieć, że on też ją znał, i to być może lepiej, niż ktokolwiek inny, i wiedział, że teraz potrzebuje wszystkiego, tylko nie samotności: znał Rosie dziewczynkę, która tupała nóżką, kiedy coś jej nie wychodziło, pamiętał ją jako krnąbrną nastolatkę, śmiejącą się z niego z wyższością znad jakiejś książki, wreszcie, jako kobietę, którą się przy nim stała. Napisał do niej jak tylko wrócił do domu – czy raczej do Londynu, bo Alex nie uważał, żeby gdziekolwiek czuł się w pełni w domu, może poza Francją i tym wozem pomalowanym złuszczającą się już od słońca farbą – i odetchnął z ulgą, kiedy odpowiedź nadeszła mimo wszystkiego, co ostatnio między nimi zaszło.
Francja uświadomiła mu, że musi znów spojrzeć w przyszłość.
Wciąż, wszystko to było cholernie trudne, kiedy czuł na barkach ciężar przeszłych grzechów – i przeszłych radości.
Kiedy, chociaż bardzo chciał myśleć, że wreszcie zdołał się zmienić, wciąż był taki sam: wciąż popełniał te same błędy, nie potrafił powściągnąć temperamentu, pakował się w walki, które nie były nawet jego walkami, łykał namiętnie eliksiry, i żył wspomnieniami, jak sentymentalny głupiec, którym zawsze był, i wciąż czekał.
Wciąż był tym samym, starym Alexandrem Mulciberem, który wzdragał się na samą myśl o tym, że ona przestałaby czekać na niego.
– Zastąpić? Mówimy dalej o tej zasranej sukience, czy pijesz do czegoś więcej? – Słowa, które padały teraz gradem z jego ust były ciche, ale przepełnione dziwną gwałtownością. Widzę cię wszędzie, musiałbym sobie wyłupić trzecie oko, żeby było inaczej, a nawet wtedy nic by mi to nie dało, McKinnon, miał ochotę jej wygarnąć. Ale wtedy pomyślał, że Terezjasz – wróżbita, który przyszedł do Odyseusza jako duch, by przepowiedzieć mu przyszłość – był przecież ślepcem.– Zdjąłbym ją z ciebie choćby i teraz, ale powiedz, kochałabyś mnie, gdybym to zrobił? Chciałabyś mnie, gdybym cię tak poniżył, Rosie? – W oczach Alexandra błyszczało wyzwanie. – Nie, oczywiście, że byś nie chciała. Wiesz dlaczego? Ponieważ cię kocham – a nie kochałbym kobiety, która pozwoliłaby się tak poniżyć. – Nie kochałbym jej, bo nie byłaby tobą, dopowiedział gorzko w myślach to, do czego nie mógłby się przyznać głośno. W umyśle Mulcibera, Ambrosia wciąż jawiła się bowiem jako doskonałe ucieleśnienie tego, czego chciał od kobiety. Tylko przy niej myślał o takich rzeczach jak zwykła ludzka przyzwoitość. Zawsze wymagał od siebie więcej, kiedy chodziło o Ambrosię, tak, jakby przy niej musiał być najlepszą wersją siebie. – Gdyby wystarczyło ci bycie moją kochanką, pojechałabyś ze mną wtedy do Grecji – – szepnął gorączkowo. – Wtedy, te siedem lat temu – nie bacząc na to, co powiedział—Do jasnej cholery, Rosie. – Kurwa, tak ją wtedy nazwał. Urwał gwałtownie, kręcąc głową. Nie zamierzał do tego wracać, rozdrapywać starych ran; nie, kiedy oboje wciąż byli poturbowani przez życie i nosili na sobie ślady wciąż świeżych walk. – Musiałaś spytać o ten zasrany pojedynek? Nie jestem z tego dumny. Przepraszam. Przyszedłem tu powiedzieć ci „przepraszam”, uwierz mi.
Czy było chociaż warto?, spytała wcześniej Ambrosia – bez zwyczajnej przygany w głosie, a raczej z tą dziwną, obcą nutą, której nie umiał do końca umiejscowić w skomplikowanym spektrum emocji – tych samych, których nigdy nie potrafił zrozumieć.
Nagle poczuł się bardzo zmęczony.
Wciąż był tym samym Alexandrem, który mówił złe rzeczy w najgorszym możliwym momencie.
Nigdy nie radził sobie ze słowami. To dlatego, że nigdy nie umiał nazywać uczuć wprost – pogmatwane, niejasne, głuchym echem rozbijały się o ściany jego czaszki, a on nie mógł normalnie otworzyć ust i wypowiedzieć choćby słowa, bo inaczej wywołałby lawinę – w głowie Alexa wszystko było właśnie takie, ujęte w niezrozumiałe metafory i mętne porównania. Jego uczucia były przepowiedniami, których znaczenia nie potrafił nigdy pojąć, niemożliwym do zrozumienia misterium, mieniącym się miriadami znaczeń, pozostającym tajemnicą dla każdego – a najbardziej dla samego Alexandra.
Ale przecież kiedyś wiedział, co powinien powiedzieć. Dalej pamiętał to, co mówił Ambrosii siedem lat temu, wtedy, gdy próbował ją odzyskać.
Złożył jej wtedy wiele pięknych obietnic. Najlepsze – i najgorsze zarazem – było to, że wszystkie te obietnice były absolutnie szczere – tak, wierzył we wszystko, co jej wtedy powiedział – nieważne, jak miałko brzmiało to w perspektywie teraźniejszości.
Zmienię się, Rosie powtarzał, trzymając ją w objęciach, tak jak robił to teraz. To się więcej nie powtórzy, obiecywał, chociaż ona milczała obojętnie albo odwracała od niego twarz. Będę dla ciebie dobry, szeptał. Zadbam o ciebie, zaopiekuję się tobą. Przecież było nam tak dobrze razem – nie potrzebuję nikogo oprócz ciebie – obiecuję, nigdy nie zobaczysz mnie z inną. I wiecznie ta sama litania: Kocham cię. Wróć do mnie. Wyjdź za mnie. Wyjedź ze mną. Była wtedy tak blisko, bliżej, niż teraz: przyciągnął ją, gdy uwiesiła się na jego ramieniu, ignorując nieprzyjemne wrażenie rozlewające się wzdłuż jego ramienia, kiedy zacisnęła palce mocniej, jakby chciała wbić paznokcie w jego rękę. Obrócił nieznacznie głowę, tak, by jej syczący szept wpadał do zdrowego ucha, by nie uronić ani jednego słowa. Jak zawsze zachowywali pozory spokoju, chociaż oboje zdawali się wręcz kipieć od emocji. Wtedy, siedem lat temu, kiedy mówił jej wszystkie te rzeczy, nie był tak spokojny: wtedy był jak w transie, a słowa płynęły wartko. Zamieszkajmy razem. Zostańmy na jakiś czas w Grecji, tylko my, we dwoje – nie, zostań tam ze mną na zawsze. Załóżmy rodzinę. Zróbmy sobie dzieciaka. Chcę się z tobą zestarzeć.
We Francji przypomniała mu o tym, że kiedyś miał odwagę myśleć o takiej przyszłości. Teraz mógł co najwyżej wspominać z pewnym rozczuleniem te ich dziecinne marzenia, śmiać się z tego, jak czas zweryfikował obietnice gówniarza, który serią kilku złych decyzji podjętych siedem lat temu zniszczył sobie życie, chociaż zawsze arogancko utrzymywał, ze doskonale wie, co szykuje dla niego los. Ale przecież ciężar kobiety w jego ramionach był tak kojąco znajomy, chociaż ona też się zmieniła: i być może ta marna sukienka uświadomiła mu dopiero, jak bardzo. A jednocześnie, czy nie wrócili teraz do punktu wyjścia…?
Więc mówisz, że na mnie czekałaś, Rosie?, pomyślał. Oddech mu zadrżał. Czy na pewno było warto?
- Teraz jestem tutaj – odezwał się wreszcie. Jego dłonie opierały się bezpiecznie na talii kobiety, kiedy trwali tak, zasłonięci przed wzrokiem przechodniów przez półmrok bocznej uliczki. Oczy błądziły po jej twarzy, od ust, do oczu, i z powrotem, szukając… Czegoś. Czegoś z pogranicza przeszłości i przyszłości. Ton Alexandra był nienaturalnie spokojny. – I mam też coś dla ciebie, choć nie jest to nowa sukienka.
Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat