26.03.2024, 09:59 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.04.2024, 09:33 przez Samuel McGonagall.)
Zastanawiające, jak wszyscy pozostawali sumą doświadczeń i myśli utkanych na korzeniach i dziedzictwie przekazanym przez rodziców, przyjaciół i otoczenie. Samuel pod tym względem był mieszanką wybuchową, choć nie było tego widać na pierwszy rzut oka, zwłaszcza podczas pracy, kiedy zwyczajnie skupiał się na powierzonych mu zadaniach.
Jego rodzice byli bardzo wyedukowanymi ludźmi, matka Krukonka, córka znanego botanika, brata tej Minevry McGonagall, do snu czytała małemu chłopcu leksykony botaniczne, rozliczając go ze znajomości sposobów rozmnażania mchów i porostów. Ojciec, wydziedziczony wciąż jednak arystokrata, dzielił się tym za czym sam tęsknił – literaturą piękną i poezją pozbawioną nacechowania klasowego, romantycznymi opowieściami, znajomością eliksirów (nawet jeśli krew syna nie przybrała czarnej barwy, ale to może i na szczęście) i możliwości, które niosły ze sobą machinacje transportowania energii życiowej do i z istoty żywej. Jego otoczeniem jednak był nie Hogwart, a Knieja Godryka, rówieśnikami zwierzęta, nie koledzy noszący przydomki odzwierzęce w zależności od domu w którym się znajdowali. Klasą był las, zamiast regularnych wypadów do Hogsmeade, były ewentualne wizyty w Dolinie na jarmarkach, żeby zarobić trochę knutów na to, czego las im nie mógł dać.
Rodzice odeszli przedwcześnie, ale ich ideały, etos pracy i troski o wszystko, co żywe pozostało w Samuelu głęboko. I gdyby nie ta cała draka z upiorami i cieniami, nigdy nie opuściłby Kniei, nigdy nie stałby w tym wyglansowanym ogródku i nie rozmawiał z panem Philipem, który nic o nim nie wiedział.
Cóż, jeśli chciał przeżyć musiał się adaptować.
Odłożył narzędzia i podszedł do bosego sportowca, który całkiem słusznie zakładał, że jego rozmówca nie ma pojęcia na temat Quidditcha.
– Mogę to zrobić jeśli nikogo innego nie macie, dobrze jak owoce dojrzeją, żeby je zebrać, bo inaczej będą tylko gnić. Czy mam je wysłać do Pana, czy znaleźć dla nich inne zastosowanie? – Sam nie znał się za bardzo na gotowaniu, ale cóż... pobyt w miasteczku od maja sprawiał, że powoli rozeznawał się w ludziach i wiedział kto, z czym dobrze sobie radzi. Choćby Lizzy, u której pomieszkiwał w stodole, z pewnością przytuliłaby dodatkowy kosz śliwek...
– Mogę też pisać, jeśli by coś się działo i pogrozić palcem stajennemu. – tu uśmiechnął się całkiem zadowolony z siebie, bo przecież nie musiał zajmować się zwierzętami, żeby o nie dbać. Mimo całej niechęci do cywilizacji wrastał w społeczność, a poczucie powinności nie dało się wyplenić małą przeprowadzką. – Tak, mogę to zrobić. – potwierdził raz jeszcze, kiwając głową i nie patrząc na rozmówcę, a brzmiało to bardziej tak, jakby składał obietnicę. Coś w jego tonie, w jego prostolinijności dawało odczuć Nottowi, że mężczyzna nie czmychnie z zadatkiem na drugi koniec wysp, a jeśli nawet byłby niezdolny do opieki nad ogrodem, to i tak znalazłby na to miejsce kogoś, kto mógłby się tym zajmować.
Jego rodzice byli bardzo wyedukowanymi ludźmi, matka Krukonka, córka znanego botanika, brata tej Minevry McGonagall, do snu czytała małemu chłopcu leksykony botaniczne, rozliczając go ze znajomości sposobów rozmnażania mchów i porostów. Ojciec, wydziedziczony wciąż jednak arystokrata, dzielił się tym za czym sam tęsknił – literaturą piękną i poezją pozbawioną nacechowania klasowego, romantycznymi opowieściami, znajomością eliksirów (nawet jeśli krew syna nie przybrała czarnej barwy, ale to może i na szczęście) i możliwości, które niosły ze sobą machinacje transportowania energii życiowej do i z istoty żywej. Jego otoczeniem jednak był nie Hogwart, a Knieja Godryka, rówieśnikami zwierzęta, nie koledzy noszący przydomki odzwierzęce w zależności od domu w którym się znajdowali. Klasą był las, zamiast regularnych wypadów do Hogsmeade, były ewentualne wizyty w Dolinie na jarmarkach, żeby zarobić trochę knutów na to, czego las im nie mógł dać.
Rodzice odeszli przedwcześnie, ale ich ideały, etos pracy i troski o wszystko, co żywe pozostało w Samuelu głęboko. I gdyby nie ta cała draka z upiorami i cieniami, nigdy nie opuściłby Kniei, nigdy nie stałby w tym wyglansowanym ogródku i nie rozmawiał z panem Philipem, który nic o nim nie wiedział.
Cóż, jeśli chciał przeżyć musiał się adaptować.
Odłożył narzędzia i podszedł do bosego sportowca, który całkiem słusznie zakładał, że jego rozmówca nie ma pojęcia na temat Quidditcha.
– Mogę to zrobić jeśli nikogo innego nie macie, dobrze jak owoce dojrzeją, żeby je zebrać, bo inaczej będą tylko gnić. Czy mam je wysłać do Pana, czy znaleźć dla nich inne zastosowanie? – Sam nie znał się za bardzo na gotowaniu, ale cóż... pobyt w miasteczku od maja sprawiał, że powoli rozeznawał się w ludziach i wiedział kto, z czym dobrze sobie radzi. Choćby Lizzy, u której pomieszkiwał w stodole, z pewnością przytuliłaby dodatkowy kosz śliwek...
– Mogę też pisać, jeśli by coś się działo i pogrozić palcem stajennemu. – tu uśmiechnął się całkiem zadowolony z siebie, bo przecież nie musiał zajmować się zwierzętami, żeby o nie dbać. Mimo całej niechęci do cywilizacji wrastał w społeczność, a poczucie powinności nie dało się wyplenić małą przeprowadzką. – Tak, mogę to zrobić. – potwierdził raz jeszcze, kiwając głową i nie patrząc na rozmówcę, a brzmiało to bardziej tak, jakby składał obietnicę. Coś w jego tonie, w jego prostolinijności dawało odczuć Nottowi, że mężczyzna nie czmychnie z zadatkiem na drugi koniec wysp, a jeśli nawet byłby niezdolny do opieki nad ogrodem, to i tak znalazłby na to miejsce kogoś, kto mógłby się tym zajmować.