26.03.2024, 10:21 ✶
Mildred Moody była zbiorem skrajności, o czym wiedział każdy, kto miał okazję z nią porozmawiać chociaż raz. Od czasu kiedy jej brat opuścił mury Hogwartu, jej stan znacząco się pogorszył, ale teraz, po (bagatela!) półtorarocznym okresie dochodzenia do siebie, było nieco lepiej i skargi na nią zaczęły płynąć coraz rzadziej. Ba, nauczyciele wspominali, że dziewczyna w końcu wychodzi na prostą, zupełnie nieświadomi, że ich podopieczna całkiem cynicznie musiała wyczyścić sobie karte, skoro postanowiła być aurorką jak brat. Z resztą, pół jej roku planowała karierę w Brygadzie Uderzeniowej, jak miałaby się czuć po Hogwarcie bez swojej drużyny, bez swojego stada? Pewnie jak ta sierota Isaac, który wciąż gadał o historii magii i buntach goblinów. Tak długo jak dawał odpisać swoje zadania domowe do tego nudziarza jak mu tam było na imię Zdzisiek, tak był przydatny i zauważalny.
No może teraz troszkę się to zmieniło, bo rzeczywiście spisał się na ostatnim meczu w roli pałkarza. Szok, że takie chuchro dało radę kilkukrotnie ją obronić przed ślizgońską sprawiedliwością. Że sama była drobniejsza od niego? Nieistotne.
Oczywiście Mills w ogóle nie myślała o tym pałkarzu, wspinając się po schodach do najbardziej odosobnionej łazienki zamieszkiwanej przez jęczydupę Martę. Lubiła tam chodzić szczególnie po tym jak Papcio Morfina opowiedział jej historię tego Jakże-Przykrego-Zdarzenia. Uczniowie szkoły ginęli co jakiś czas, cóż, taki los czarodziejów. Ale to, co się przydarzyło Marcie... Anyway Marta jojczała na utratę życia, Mildred jojczała na utratę brata (tak, tak Alastor żył, tylko kurwa czemu tak daleko?). Doskonałe duo, a przynajmniej nikt jej nie zarzucał, że ile można. Była bardzo z siebie dumna, że znalazła ten wybieg.
Dlatego też weszła do środka i z hukiem zamknęła drzwi. Zdziwiona, że duch nie przyszedł jęczeć na nią od razu sięgnęła do swojej srebrnej papierośnicy, którą dostała po tym jak jebnął w nią piorun na pamiątkę tego, że jednak przeżyła, a z niej wysunęła fajkę, jedną z wielu towarzyszek dzisiejszego wieczoru.
No może teraz troszkę się to zmieniło, bo rzeczywiście spisał się na ostatnim meczu w roli pałkarza. Szok, że takie chuchro dało radę kilkukrotnie ją obronić przed ślizgońską sprawiedliwością. Że sama była drobniejsza od niego? Nieistotne.
Oczywiście Mills w ogóle nie myślała o tym pałkarzu, wspinając się po schodach do najbardziej odosobnionej łazienki zamieszkiwanej przez jęczydupę Martę. Lubiła tam chodzić szczególnie po tym jak Papcio Morfina opowiedział jej historię tego Jakże-Przykrego-Zdarzenia. Uczniowie szkoły ginęli co jakiś czas, cóż, taki los czarodziejów. Ale to, co się przydarzyło Marcie... Anyway Marta jojczała na utratę życia, Mildred jojczała na utratę brata (tak, tak Alastor żył, tylko kurwa czemu tak daleko?). Doskonałe duo, a przynajmniej nikt jej nie zarzucał, że ile można. Była bardzo z siebie dumna, że znalazła ten wybieg.
Dlatego też weszła do środka i z hukiem zamknęła drzwi. Zdziwiona, że duch nie przyszedł jęczeć na nią od razu sięgnęła do swojej srebrnej papierośnicy, którą dostała po tym jak jebnął w nią piorun na pamiątkę tego, że jednak przeżyła, a z niej wysunęła fajkę, jedną z wielu towarzyszek dzisiejszego wieczoru.