Widział dobrze spojrzenie kelnera i nie dziwił się ani trochę, chociaż drobne uczucie niesprawiedliwości i tak zagościło gdzieś w środku. Rozwaliło się na kanapie i czekało tylko na okazję, by zacząć krzyczeć o atencję, nienawidził tego. Dlatego też skupił się na chwili nieco bardziej bieżącej, na wrednym właścicielu lokalu i wystawie trunków za ladą. No i na chłopaku, który oczywiście powitał go uśmiechem, bo jak to tak inaczej do klienta, co pieniądze przyniósł. Tego też nienawidził, choć nie aż tak bardzo, jak chodzenie krok w krok za kimś, kto ogląda sklepowe regały.
— Ano życie — przyznał mu i upił whisky. Na jego kolejne słowa uśmiechnął się pod nosem, bardzo ironicznie. — No nie mam... właśnie na niego patrzysz — rzucił, choć nie była to cała prawda. Niemniej, bycie wolnym strzelcem to wciąż brak jednoznacznie określonego szefa. Tylko dokąd go to zaprowadziło?
Zerknął na chłopaka, na telewizor, gdzie coraz więcej się działo, a potem wzruszył ramionami i upił złocistego alkoholu ze szklanki.
— Na... — Urwał i poczekał, aż ten wróci, co było w zasadzie miłym zaskoczeniem, bo chyba nie gadał dla samego gadania. — Nawet gdyby to był dobry dzień, to nie przyszedłbym na żaden mecz. Nie obchodzą mnie — wyjaśnił i umilkł na chwilę. — Powiedzmy, że od dwóch dni... nie, trzech... świętuję... — Odwrócił wzrok na szklankę. — Rocznicę decyzji, która spieprzyła mi życie — dodał pochmurnie i ponownie upił alkoholu.