26.03.2024, 21:13 ✶
Minął miesiąc odkąd wykurzyli go z Kniei. Czy był wkurwiony? Nie, klątwa ziemi krążąca po jego żyłach dałaby mu wtedy ostro popalić. Był sceptyczny, co do nowego życia, choć nie narzekał wcale, a w sercu tylko troszkę. Miał w końcu fach w ręku był stolarzem i snycerzem, pomagał w utrzymaniu ogrodów, czasem zaglądał do mugolskiej zagrody z maściami samoróbkami. Człowiek wielu talentów, człowiek znikąd, człowiek z lasu.
Jego jasne jak snopy zboża włosy falowały na wietrze szarpiącym fioletowe wrzosowiska, rośliny uginały się pod naporem ciepłego, roztańczonego czerwcowego wiatru. Ostre słońce zachęcało do lenistwa, ale przebywający pośród ruin dawnej osady Samuel nie lenił się teraz, a zbierał spokój. Dzisiaj był taki dzień, kiedy nie wpadło żadne zlecenie, a w takie dni przychodził na wrzosowiska właśnie – rozległe kwietne łąki okalające zakazana teraz dla ludzi Knieję. Okalające jego prawdziwy dom.
Ubrany był w stare, znoszone już ciuchy. Kraciasta koszula, dawno za sobą miała swoje czasy świetności i teraz zamiast głębokiego książęcego błękitu, była raczej spłowiałym gołębim. Przetarte jeansy być może kiedyś były grubsze i trwalsze, teraz zdawały się kruszeć od samego nań patrzenia. Samuel nie dbał o to, on chciał być i tęsknić, oddać hołd lenny swojej ziemi, zapewnić ją o dozgonnej miłości.
A więc trwał przy kamiennych ruinach, kąpiąc się w słońcu i patrząc na wiekowy szumiący las, dziewiczy i piękny, teraz opętany zarazą żywych trupów i duchów. Ten medytacyjny stan przerwał mu skrzek, ostrzegawczy orli, choć z innego gardła dobyty. Od razu rozpoznał hipogryfy, kiedyś jednego młodzika ze złamanym skrzydłem zimowali, kiedy jego rodzice jeszcze żyli i próbowali wychować go i nauczyć wszystkiego co sami potrafili. Zadarł głowę w chwili gdy na moment słońce przesłonił cień młódki, samiczki spłoszonej czymś najwidoczniej, daleko od własnego siedliska. Wylądowała kilkadziesiąt metrów od niego, niedaleko samotnej pogiętej gruszy dającej trochę cienia i wrażenia osłony. Dziobem otarła o korę doświadczonego drzewa, a potem rozejrzała się czujnie w koło.
Samuel zamyślił się próbując ustalić, czy to egzemplarz dziki, czy hodowlany, zdawało mu się, że dostrzegł charakterystyczną obręcz na łapie, ale nie był pewien. Nim jednak zdecydował się podejść bliżej zwierzęcia, zastrzygł uchem, zdając sobie sprawę, że ktoś biegnie od strony, z której przyleciało zwierzę. Podniósł się giętko i zamachał w kierunku nieznajomego, próbując go zatrzymać, a następnie zatoczył kręgi w znanym języku migowym zachęcającym do tego, by ten do niego podszedł.
– Nie idź tam, spłoszysz hipogryfie dziewcze. Patrz, chyba komuś uciekła. – wskazał na dumne zwierzę, które wciąż nerwowo stąpało, przekrzywiając co rusz ptasią głowę, by mieć ogląd na otaczające ją zagrożenie. Szczęśliwie mężczyźni pozostali dla niej niewidoczni, dzięki ruince, popękanym ścianom obrośniętym bluszczem.
Jego jasne jak snopy zboża włosy falowały na wietrze szarpiącym fioletowe wrzosowiska, rośliny uginały się pod naporem ciepłego, roztańczonego czerwcowego wiatru. Ostre słońce zachęcało do lenistwa, ale przebywający pośród ruin dawnej osady Samuel nie lenił się teraz, a zbierał spokój. Dzisiaj był taki dzień, kiedy nie wpadło żadne zlecenie, a w takie dni przychodził na wrzosowiska właśnie – rozległe kwietne łąki okalające zakazana teraz dla ludzi Knieję. Okalające jego prawdziwy dom.
Ubrany był w stare, znoszone już ciuchy. Kraciasta koszula, dawno za sobą miała swoje czasy świetności i teraz zamiast głębokiego książęcego błękitu, była raczej spłowiałym gołębim. Przetarte jeansy być może kiedyś były grubsze i trwalsze, teraz zdawały się kruszeć od samego nań patrzenia. Samuel nie dbał o to, on chciał być i tęsknić, oddać hołd lenny swojej ziemi, zapewnić ją o dozgonnej miłości.
A więc trwał przy kamiennych ruinach, kąpiąc się w słońcu i patrząc na wiekowy szumiący las, dziewiczy i piękny, teraz opętany zarazą żywych trupów i duchów. Ten medytacyjny stan przerwał mu skrzek, ostrzegawczy orli, choć z innego gardła dobyty. Od razu rozpoznał hipogryfy, kiedyś jednego młodzika ze złamanym skrzydłem zimowali, kiedy jego rodzice jeszcze żyli i próbowali wychować go i nauczyć wszystkiego co sami potrafili. Zadarł głowę w chwili gdy na moment słońce przesłonił cień młódki, samiczki spłoszonej czymś najwidoczniej, daleko od własnego siedliska. Wylądowała kilkadziesiąt metrów od niego, niedaleko samotnej pogiętej gruszy dającej trochę cienia i wrażenia osłony. Dziobem otarła o korę doświadczonego drzewa, a potem rozejrzała się czujnie w koło.
Samuel zamyślił się próbując ustalić, czy to egzemplarz dziki, czy hodowlany, zdawało mu się, że dostrzegł charakterystyczną obręcz na łapie, ale nie był pewien. Nim jednak zdecydował się podejść bliżej zwierzęcia, zastrzygł uchem, zdając sobie sprawę, że ktoś biegnie od strony, z której przyleciało zwierzę. Podniósł się giętko i zamachał w kierunku nieznajomego, próbując go zatrzymać, a następnie zatoczył kręgi w znanym języku migowym zachęcającym do tego, by ten do niego podszedł.
– Nie idź tam, spłoszysz hipogryfie dziewcze. Patrz, chyba komuś uciekła. – wskazał na dumne zwierzę, które wciąż nerwowo stąpało, przekrzywiając co rusz ptasią głowę, by mieć ogląd na otaczające ją zagrożenie. Szczęśliwie mężczyźni pozostali dla niej niewidoczni, dzięki ruince, popękanym ścianom obrośniętym bluszczem.