Kończąca się powoli noc, choć jeszcze niewiele na to wskazywało, powoli wybudzała do życia całą okolicę. Czy może raczej wieściła zmianę warty. To była chyba jego ulubiona pora, efektowna, bogata w podejrzane zdarzenia i mało podejrzana sama w sobie. Zwłaszcza dla kogoś, kto i tak niespecjalnie rzucał się w oczy w dużym mieście. Lubił ten stan rzeczy, być niewidzialnym. To takie naturalne i swobodne.
Drobne ciałko opadło miękko na brzeg rynny, o którą zaczepiło pazurkami. Rzut oka w tę czy w inną stronę był instynktowny, wrodzona ostrożność, która pod tą postacią potęgowała się jeszcze bardziej. Być może to tylko jego własny rozsądek, ale Felician byłby skłonny założyć, że część zwierzęcej natury odzywa się mocniej w przemienionych animagach.
Przeskoczył zgrabnie na dach i dzióbnął ciemną plamkę, która się tam znajdowała. Nie była jadalna, ale nie była też jego celem, a jedynie przykrywką. Kolejny rzut oka skierowany był w dół, gdzie ciemną ulicą sunęło jasne widmo. Wróbel w kilku podskokach dotarł na róg dachu, gdzie przefrunął tuż pod niego i schował się na załomie rynny. Otulony cieniem i odgrodzony od niebezpiecznego nieba, mógł w pełni poświęcić się temu, co działo się w dole. Ta sylwetka. Ta twarz. Były znajome. Ta świadomość pełzała po myślach i wierciła w głowie, nie mogąc dopasować wspomnienia.
To tylko rozbudzało ciekawość i podejrzliwość zarazem. Nie zapomniał tego, po co pierwszy raz zagłębił się w trzewia Nocturnu. I nigdy tego nie porzucił, choć zapał przygasł jak niestrzeżone ognisko. Przygasł czy wzniecił pożar? To była kwestia dyskusyjna, ale tak czy inaczej ciężko było już zrobić zeń coś sensownego. Ale nie dla niego. Skoro mogła nadarzyć się okazja, zamierzał spróbować. Sprawdzić. Kiedyś trafi.
Przekręcił delikatnie łebek, jednym okiem śledząc kroki kobiety, a kiedy zniknęła za rogiem, zeskoczył w dół i pofrunął tuż nad budynkami. Czego już zdążył się nauczyć, to momentów, kiedy kuse skrzydełka robiły największy hałas. Nauczył się ich unikać, chyba że było mu to na rękę. Teraz nieszczególnie, większość ptaków wciąż spała. Zniżył lot i zauważył białe widmo wchodzące do hangaru, odbił więc znów w górę, by odnaleźć okno pod sufitem, wybite dawno temu przez włamywacza, w czasach, kiedy to miejsce służyło właściwszym celom. Jeszcze głębszy półmrok otulił go zewsząd, w dole zaś miękko błyskały lampy stoisk i innych prowizorycznych przybytków. No i oczywiście ona. Szybko zeskoczył z belki sufitowej i zanurkował między sklepiki, na moment zatrzymując się wśród wystawionych na sprzedaż mioteł, zapewne z odzysku.
Źrenice w małych oczkach rozszerzyły się, kiedy z nowej perspektywy mógł wreszcie dostrzec twarz kobiety. Kiedy uzmysłowił sobie, kim ona jest. Zamarudził kilka zbyt długich sekund, omal nie wpadł na rękę sprzedawczyni mioteł, a potem umknął cicho na łapkach i odfrunął w ślad za nią. Wymijanie ludzi zajętych swoimi sprawami i swoim prawie-nie-życiem nie stanowiło wielkiego wyzwania, a migocące od lamp cienie stały po jego stronie. Nie zauważyła. Jeszcze. Co zamierzał, jeśli zauważy? Ale przecież nie wiedziała. Zawsze mógł zacząć skubać jakieś śmieci, było ich tu pełno.
Przycupnął za wystrzępionym kartonem, który robił za szyld jednej z bud, która stała dokładnie naprzeciwko zegarmistrza. Ale to nie wystarczało. Przefrunął szybko do owej budy i wcisnął się między jej ścianę a sąsiednią, gdzie składowano rupiecie. Znalazł szparę. Nie znał starego faceta, ale dobrze kojarzył zaklęcie. Po co? Dlaczego on? To byłaby dziwaczna przyjemność, choć niewątpliwie była częścią całej zabawy.