27.03.2024, 01:06 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.12.2024, 00:15 przez Eden Lestrange.)
Nie trzeba było się tłumaczyć ze swoich niecnych występków, kiedy wszyscy schodzili ci z drogi.
Nie musiała się spowiadać z tego, czemu nie spała tej nocy w swoim łóżku. Nie chciało mi się - i nikt nie drążył. Miałam sprawy do załatwienia - i nikt nie pytał. Nikt nie chciał wiedzieć, jakie interesy mógł robić po nocy Malfoy. Choćby gwoli zasady, że im mniej wiesz, tym lepiej śpisz.
Eden nie chciała rujnować im tego złowrogiego obrazu własnej osoby, wyprowadzać plotkar z błędu. Nie z powodu parcia na szkło, popartego starą jak świat dewizą, że nieważne, jak o tobie mówią, ważne, aby mówili. Popularność dostała w pakiecie z nazwiskiem, niechciany spadek po żywym ciałem, lecz nie duchem ojcu. Nie dementowała dezinformacji, bo bezkosztowo budowała jej renomę. Była tylko człowiekiem, ale dobry mit ciężko zabić.
W noce takie jak ta, ta fałszywa nietykalność i nonszalancja przynosiły wymarzony spokój. Reszta dziewcząt ze Slytherinu udawała, że śpi, by nie widzieć, jak opuszcza ich sypialnie, a te dzieciaki, które uroczyście przysięgły, że dzisiaj również będą knuły coś niedobrego, udawały, że nie widzą, jak przechodzi w kierunku wieży astronomicznej; przemykająca w górę schodów sylwetka, której długie blond włosy można było dostrzec przez ciągnące się wzdłuż ścian małe okienka, była brana za jednego z wielu duchów, które zamieszkiwały na zamku. Kto wie, może ta zjawa miała na nazwisko Malfoy. Lecz chyba nie było tutaj nikogo, kto byłby gotowy dać za to rękę.
Westchnęła ciężko, wspinając się po ostatku schodów. Nie potrafiła zupełnie pozbyć się ciężaru, który nosiła w piersi - zdawać by się mogło, że to fatum, które nosi wewnątrz od urodzenia. Ale raz po raz, choćby miało to być efektem placebo, lubiła westchnąć jak zwykli śmiertelnicy, licząc, że nieco ukoi to piętrzące się, negatywne uczucia. Marząc skrycie, że uczucie ciążącej nadeń niczym topór kata presji na moment zniknie, że kiedykolwiek poczuje się beztrosko. W takich momentach, pod osłoną nocy i jedynie z gwiazdami za świadków, spod zuchwałej maski wyłaniała się swego rodzaju melancholia. Żałoba za tym, czego nigdy się nie miało.
Znalazła to miejsce na drugim roku i nikomu nigdy go nie pokazała. Niektóre karty trzeba trzymać przy sobie, pomyślała, słysząc w głowie echo słów ojca. Przez te wszystkie lata dzieliła ten mały sekret ze samą sobą, bo co miała powiedzieć tym fałszywym koleżankom, które trzymała przy sobie tylko po to, żeby nie wyglądała na nieznośnego odludka? Że ma dedykowanie miejsce do łkania tak, że się aż czasem serce kraje? Gdyby chciała zostać wyśmiana, znalazłaby jakiś zabawniejszy sposób. Cholera wie, może zaczęłaby chodzić ze szlamami.
I tak samo jak dwa dni temu, jak tydzień temu, miesiąc, rok, i trzy, spodziewała się zastać tutaj tylko ciszę, a także tę książkę, co ją zostawiła ostatnio i nie miała okazji po nią wrócić. Jak zdziwiona więc była, widząc kogoś innego usadowionego na gzymsie, kto ewidentnie nie był duchem nawiedzającym Hogwart.
Wywróciła oczyma tak zamaszyście, że niechybnie ujrzała tył własnej czaszki.
- Będziesz skakać? - Zapytała wprost, niby chcąc się upewnić, czy czasem nie ma do czynienia z przyszłym samobójcą, ale jednocześnie wcale nie brzmiąc na przejętą. Bardziej brzmiała na poirytowaną, że musi w ogóle wchodzić z nią w interakcję. Zagaiła też bez żadnego ostrzeżenia, jakby w naiwnej nadziei, że może się wystraszy i sama zleci na dół. - Nie zrozum mnie źle, droga wolna, ale albo zrób to teraz, albo złaź, bo to moja miejscówka. Jeśli nie masz odwagi, to mogę cię pchnąć, ale nie ociągaj się z decyzją - pogoniła ją, zakładając ręce na piersi. Eden wcale nie wyglądała, jakby mówiła to w żartach. Przyszła się tutaj podąsać w samotności, a nie na potajemną schadzkę.
Nie musiała się spowiadać z tego, czemu nie spała tej nocy w swoim łóżku. Nie chciało mi się - i nikt nie drążył. Miałam sprawy do załatwienia - i nikt nie pytał. Nikt nie chciał wiedzieć, jakie interesy mógł robić po nocy Malfoy. Choćby gwoli zasady, że im mniej wiesz, tym lepiej śpisz.
Eden nie chciała rujnować im tego złowrogiego obrazu własnej osoby, wyprowadzać plotkar z błędu. Nie z powodu parcia na szkło, popartego starą jak świat dewizą, że nieważne, jak o tobie mówią, ważne, aby mówili. Popularność dostała w pakiecie z nazwiskiem, niechciany spadek po żywym ciałem, lecz nie duchem ojcu. Nie dementowała dezinformacji, bo bezkosztowo budowała jej renomę. Była tylko człowiekiem, ale dobry mit ciężko zabić.
W noce takie jak ta, ta fałszywa nietykalność i nonszalancja przynosiły wymarzony spokój. Reszta dziewcząt ze Slytherinu udawała, że śpi, by nie widzieć, jak opuszcza ich sypialnie, a te dzieciaki, które uroczyście przysięgły, że dzisiaj również będą knuły coś niedobrego, udawały, że nie widzą, jak przechodzi w kierunku wieży astronomicznej; przemykająca w górę schodów sylwetka, której długie blond włosy można było dostrzec przez ciągnące się wzdłuż ścian małe okienka, była brana za jednego z wielu duchów, które zamieszkiwały na zamku. Kto wie, może ta zjawa miała na nazwisko Malfoy. Lecz chyba nie było tutaj nikogo, kto byłby gotowy dać za to rękę.
Westchnęła ciężko, wspinając się po ostatku schodów. Nie potrafiła zupełnie pozbyć się ciężaru, który nosiła w piersi - zdawać by się mogło, że to fatum, które nosi wewnątrz od urodzenia. Ale raz po raz, choćby miało to być efektem placebo, lubiła westchnąć jak zwykli śmiertelnicy, licząc, że nieco ukoi to piętrzące się, negatywne uczucia. Marząc skrycie, że uczucie ciążącej nadeń niczym topór kata presji na moment zniknie, że kiedykolwiek poczuje się beztrosko. W takich momentach, pod osłoną nocy i jedynie z gwiazdami za świadków, spod zuchwałej maski wyłaniała się swego rodzaju melancholia. Żałoba za tym, czego nigdy się nie miało.
Znalazła to miejsce na drugim roku i nikomu nigdy go nie pokazała. Niektóre karty trzeba trzymać przy sobie, pomyślała, słysząc w głowie echo słów ojca. Przez te wszystkie lata dzieliła ten mały sekret ze samą sobą, bo co miała powiedzieć tym fałszywym koleżankom, które trzymała przy sobie tylko po to, żeby nie wyglądała na nieznośnego odludka? Że ma dedykowanie miejsce do łkania tak, że się aż czasem serce kraje? Gdyby chciała zostać wyśmiana, znalazłaby jakiś zabawniejszy sposób. Cholera wie, może zaczęłaby chodzić ze szlamami.
I tak samo jak dwa dni temu, jak tydzień temu, miesiąc, rok, i trzy, spodziewała się zastać tutaj tylko ciszę, a także tę książkę, co ją zostawiła ostatnio i nie miała okazji po nią wrócić. Jak zdziwiona więc była, widząc kogoś innego usadowionego na gzymsie, kto ewidentnie nie był duchem nawiedzającym Hogwart.
Wywróciła oczyma tak zamaszyście, że niechybnie ujrzała tył własnej czaszki.
- Będziesz skakać? - Zapytała wprost, niby chcąc się upewnić, czy czasem nie ma do czynienia z przyszłym samobójcą, ale jednocześnie wcale nie brzmiąc na przejętą. Bardziej brzmiała na poirytowaną, że musi w ogóle wchodzić z nią w interakcję. Zagaiła też bez żadnego ostrzeżenia, jakby w naiwnej nadziei, że może się wystraszy i sama zleci na dół. - Nie zrozum mnie źle, droga wolna, ale albo zrób to teraz, albo złaź, bo to moja miejscówka. Jeśli nie masz odwagi, to mogę cię pchnąć, ale nie ociągaj się z decyzją - pogoniła ją, zakładając ręce na piersi. Eden wcale nie wyglądała, jakby mówiła to w żartach. Przyszła się tutaj podąsać w samotności, a nie na potajemną schadzkę.
I was never as good as I always thought I was
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~