27.03.2024, 14:28 ✶
Drgnęła na brzmienie nieznanego bliżej głosu. To znaczy, potrafiła rozpoznać płeć, mgliście połączyć kropki i umiejscowić skojarzenia w okolicach blond popularnych, bananowych ciź, szastających pieniędzmi swoich rodziców. A tak, to nie kojarzyła, ludzie, którzy nie znajdowali się w jej bezpośrednim otoczeniu, z którymi nie utrzymywała stałego kontaktu, których twarzy nie widziała regularnie... przechodzili w szarą masę szkolnej społeczności, niczym mrówki wysypujące się z rozwalonego butem kopca. Równie dobrze mogli być martwi, mogli być ożywionymi manekinami poruszanymi przez zręcznego lalkarza podkładającego im zabawne głosy.
Ten głos też był zabawny. Piskliwy. Zadzierający nosa.
Przez dłuższy moment poza inicjalnym wzięciem jej z zaskoczenia nie ruszała się. Trochę jak posępny gargulec, albo inny samozwańczy stróż prawa, pół człowiek pół nietoperz obserwujący błonia w poszukiwaniu czającego się między krzakami zła. Jej wzrok się wyostrzył, nawet w cieniu nocy widać było jasne miodowe tęczówki utkwione gdzieś na przestrzał, patrzące z pogardą na zastaną rzeczywistość.
– A wiesz co? – rzuciła nagle, niemalże kracząc jak wrona, choć pewnie sama wolałaby widzieć siebie w cielsku tłustego, złowieszczego kruka żywiącego się ludzkimi oczami. – ...to w sumie doskonała myśl. – dodała lekko, jakby Eden zaprosiła ją do siebie na herbatkę i wspólną naukę po godzinach. Dźwignęła się z podłogi i stanęła na gzymsie. Na moment spojrzała w ziejącą nicość podnóża zamku, by ostatecznie obrócić się w kierunku intruza, z piętą wystając poza kamienną krawędź. Zadarła brodę ku górze, sycąc się tym momentem, wieczorny jesienny wiatr szarpnął czarnymi włosami dmiąc w korytarze odsłoniętej wieży, z żałością zawodząc wobec nieuchronnie zbliżającej się zimy.
– Jeszcze ostatnie życzenie, więc w sumie dobrze, że tu przyszłaś.– Mills utkwiła wyzywająco spojrzenie w perfekcyjnie gładkiej i niewątpliwie pięknej twarzy. Przez myśl przeszło jej jak pięknie wyglądałyby warkocze plecione z ich długich włosów, jeśli tylko okiełznać chaos czarnych splotów i poluzować reżim perfekcyjnie ułożonej bieli. – Nigdy z nikim się nie całowałam, byłoby głupio tak lecieć w dół i nie wiedzieć jak to jest. – nie drgnąwszy ze swojego miejsca startowego, pochyliła się tylko ku niej, jakby chciała się jej zwierzyć, dodać coś ciszej, tylko dla jej uszu, nawet jeśli były tutaj wbrew wszelkim zasadom same:
– Bo wiesz, niezałatwione sprawy to pierwszy stopień do zostania duchem, a chyba nie chcesz, żebym nawiedzała to miejsce, skoro jest Twoje.
Ten głos też był zabawny. Piskliwy. Zadzierający nosa.
Przez dłuższy moment poza inicjalnym wzięciem jej z zaskoczenia nie ruszała się. Trochę jak posępny gargulec, albo inny samozwańczy stróż prawa, pół człowiek pół nietoperz obserwujący błonia w poszukiwaniu czającego się między krzakami zła. Jej wzrok się wyostrzył, nawet w cieniu nocy widać było jasne miodowe tęczówki utkwione gdzieś na przestrzał, patrzące z pogardą na zastaną rzeczywistość.
– A wiesz co? – rzuciła nagle, niemalże kracząc jak wrona, choć pewnie sama wolałaby widzieć siebie w cielsku tłustego, złowieszczego kruka żywiącego się ludzkimi oczami. – ...to w sumie doskonała myśl. – dodała lekko, jakby Eden zaprosiła ją do siebie na herbatkę i wspólną naukę po godzinach. Dźwignęła się z podłogi i stanęła na gzymsie. Na moment spojrzała w ziejącą nicość podnóża zamku, by ostatecznie obrócić się w kierunku intruza, z piętą wystając poza kamienną krawędź. Zadarła brodę ku górze, sycąc się tym momentem, wieczorny jesienny wiatr szarpnął czarnymi włosami dmiąc w korytarze odsłoniętej wieży, z żałością zawodząc wobec nieuchronnie zbliżającej się zimy.
– Jeszcze ostatnie życzenie, więc w sumie dobrze, że tu przyszłaś.– Mills utkwiła wyzywająco spojrzenie w perfekcyjnie gładkiej i niewątpliwie pięknej twarzy. Przez myśl przeszło jej jak pięknie wyglądałyby warkocze plecione z ich długich włosów, jeśli tylko okiełznać chaos czarnych splotów i poluzować reżim perfekcyjnie ułożonej bieli. – Nigdy z nikim się nie całowałam, byłoby głupio tak lecieć w dół i nie wiedzieć jak to jest. – nie drgnąwszy ze swojego miejsca startowego, pochyliła się tylko ku niej, jakby chciała się jej zwierzyć, dodać coś ciszej, tylko dla jej uszu, nawet jeśli były tutaj wbrew wszelkim zasadom same:
– Bo wiesz, niezałatwione sprawy to pierwszy stopień do zostania duchem, a chyba nie chcesz, żebym nawiedzała to miejsce, skoro jest Twoje.