28.03.2024, 17:14 ✶
Ojciec Brenny uchodził za stanowczego, ale prawdopodobnie ta stanowczość nijak się miała do tej, jaką przejawiał rodzic Nikolaia. Chociaż czy w takim przypadku można było w ogóle mówić o stanowczości - czy już raczej o dyktaturze?
- Surowe wychowanie - powiedziała jednak dość krótko, bo znali się od całej godziny czy dwóch, więc od razu mowy krytyczne na temat jego ojca, domu i panujących tam zasad byłyby trochę niewłaściwe. Zwłaszcza, że Brenna nie miała pojęcia ani jak patrzył na to sam Kol, ani na ile była to specyfika Petrovów, a na ile rosyjskich warunków. - Cóż, jeśli w takim wypadku kiedyś będziesz chciał go doprowadzić do furii, zawsze od usług. Kev Gardens najlepiej wyglądają latem - stwierdziła, posyłając mu uśmiech, nim skierowała się dalej, w głąb szklarni. Tam, gdzie były te bardziej magiczne i niebezpieczne rośliny.
– To chyba świadczy o przezorności? Mam wrażenie, że dużo osób idzie mordować, a potem wpadają w panikę, i nie mają pojęcia, jak pozbyć się ciała… przemyślenie tego wcześniej na pewno jest bardzo rozsądne – stwierdziła, i brzmiało to jak żart, chociaż przecież było prawdą. Ciała często zostawały na miejscu zbrodni. Czasem – zwłaszcza gdy chodziło o śmierciożerców – bo ktoś chciał, aby zostały znalezione. Czasem, bo ktoś złapał za różdżkę, ale nawet nie przyszło mu do głowy, że potem mógłby zostać złapany. – Wszystko powinno być zabezpieczone, ale na wszelki wypadek niczego nie dotykają, bo jak wspominałam, jestem słaba z zielarstwa i obawiam się, że taką chińską, kąsającą kapustę rozpoznam dopiero, jak spróbuje nas użreć – stwierdziła, popychając kolejne drzwi. Pozdrowiła inną pracownicę, również spokrewnioną ze Sproutami, która akurat przesadzała jakieś rośliny. Tutejsza szklarnia bardzo kojarzyła się Brennie z tą hogwarcką – rośliny niemal zupełnie zasłaniały ściany, ich część rosła w donicach, inne bezpośrednio w ziemi.
– O, to mandragory, o których mówiłam – powiedziała, wskazując na kilka doniczek. Rozpoznała je tylko dlatego, że były podpisane, oczywiście: po samych liściach Brenna nie zorientowałaby się, z czym mają do czynienia. Wyglądały zupełnie niewinnie i… jak cóż, normalne rośliny, ale to dlatego, że ta „najciekawsza” część tkwiła w ziemi. – Nie mam pojęcia, do czego się ich używa. Zawsze zastanawiałam się, czy wykorzystują do eliksirów te liście z góry, czy… no korzenie. Wiesz, te wyglądające zupełnie jak dzieci. Trochę to straszne, bo jeszcze przesadzanie czegoś, co wygląda jak dziecko, z doniczki do doniczki, to jedno, ale kurczę, pocięcie czegoś takiego?
- Surowe wychowanie - powiedziała jednak dość krótko, bo znali się od całej godziny czy dwóch, więc od razu mowy krytyczne na temat jego ojca, domu i panujących tam zasad byłyby trochę niewłaściwe. Zwłaszcza, że Brenna nie miała pojęcia ani jak patrzył na to sam Kol, ani na ile była to specyfika Petrovów, a na ile rosyjskich warunków. - Cóż, jeśli w takim wypadku kiedyś będziesz chciał go doprowadzić do furii, zawsze od usług. Kev Gardens najlepiej wyglądają latem - stwierdziła, posyłając mu uśmiech, nim skierowała się dalej, w głąb szklarni. Tam, gdzie były te bardziej magiczne i niebezpieczne rośliny.
– To chyba świadczy o przezorności? Mam wrażenie, że dużo osób idzie mordować, a potem wpadają w panikę, i nie mają pojęcia, jak pozbyć się ciała… przemyślenie tego wcześniej na pewno jest bardzo rozsądne – stwierdziła, i brzmiało to jak żart, chociaż przecież było prawdą. Ciała często zostawały na miejscu zbrodni. Czasem – zwłaszcza gdy chodziło o śmierciożerców – bo ktoś chciał, aby zostały znalezione. Czasem, bo ktoś złapał za różdżkę, ale nawet nie przyszło mu do głowy, że potem mógłby zostać złapany. – Wszystko powinno być zabezpieczone, ale na wszelki wypadek niczego nie dotykają, bo jak wspominałam, jestem słaba z zielarstwa i obawiam się, że taką chińską, kąsającą kapustę rozpoznam dopiero, jak spróbuje nas użreć – stwierdziła, popychając kolejne drzwi. Pozdrowiła inną pracownicę, również spokrewnioną ze Sproutami, która akurat przesadzała jakieś rośliny. Tutejsza szklarnia bardzo kojarzyła się Brennie z tą hogwarcką – rośliny niemal zupełnie zasłaniały ściany, ich część rosła w donicach, inne bezpośrednio w ziemi.
– O, to mandragory, o których mówiłam – powiedziała, wskazując na kilka doniczek. Rozpoznała je tylko dlatego, że były podpisane, oczywiście: po samych liściach Brenna nie zorientowałaby się, z czym mają do czynienia. Wyglądały zupełnie niewinnie i… jak cóż, normalne rośliny, ale to dlatego, że ta „najciekawsza” część tkwiła w ziemi. – Nie mam pojęcia, do czego się ich używa. Zawsze zastanawiałam się, czy wykorzystują do eliksirów te liście z góry, czy… no korzenie. Wiesz, te wyglądające zupełnie jak dzieci. Trochę to straszne, bo jeszcze przesadzanie czegoś, co wygląda jak dziecko, z doniczki do doniczki, to jedno, ale kurczę, pocięcie czegoś takiego?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.