28.03.2024, 17:46 ✶
Brenna piła bardzo mało - i obecnie powoli z tego picia mało przechodziła na nie picie wcale. Ona więc pozostawała doskonale trzeźwa, bo wzniosła zaledwie jeden toast za młodych, gdy nie wypadało inaczej. Longbottomówna nie potrzebowała jednak alkoholu, by zachowywać się jak podpita, więc to nie stanowiło żadnego problemu.
- Brzmi jak... hm, burzliwy związek, w którym bardzo trudno byłoby się nudzić - oświadczyła dyplomatycznie, gdy Hades oświadczył, że kochają się tak samo mocno, jak mocno pragną się pozabijać. - Scott plótł coś o jakichś anam cara, będę musiała poszukać więcej, co to w ogóle znaczy, ale z tego, co opowiadał, to chyba trochę inaczej niż u was, bo oni niekoniecznie chcą się pozabijać.
Czy Hades był dziwny? Na pewno. Czy dziwniejszy niż większość pracowników Departamentu Tajemnic? Ani trochę. I zachowywał się trochę inaczej niż ci, których Brenna znała - na przykład jej własny wujek. McKinnon zdawał się całkiem mocno stąpać po ziemi. Wzmiankę o śmierci Brenna ledwo zauważyła, a raczej przyjęła ją jak coś zupełnie normalnego, a nie objaw jakiejś dziwnej obsesji.
- Nie jestem pewna, czy usprawiedliwienie od kolegów nie sprawi, że tylko jeszcze bardziej się zdenerwuje. Pewnie klopsy na wynos nie wystarczą, żeby uspokoić ewentualny gniew? - zapytała, walcząc z uśmiechem, cisnącym się na usta, kiedy zabrał się na wyjaśnianie nowym kolegom, że ma żonę, ale żony tutaj nie ma i że trzeba będzie wypisać dla niej usprawiedliwienie... Za to patrząc po tempie, w jakim Hades wlewał w siebie alkohol, Brenna zaczęła mieć wrażenie, że przyjdzie jej go odstawiać na próg tej tajemniczej Persephony, bo trochę się bała, czy mężczyzna sam znajdzie drogę. A skoro nikt go tutja nie znał, nie było komu powierzyć go w opiekę. – Och, kiedy jem, naprawdę bardzo rzadko kimś się przejmuję – zapewniła, zajmując nowe miejsce i chwytając za łyżkę, żeby zająć się nową porcją klopsików. Usta miała pełne, dlaczego na to „smacznego” nie odpowiedziała, kiwnęła mu tylko głową, przez chwilę skupiona na jedzeniu. Może powinna zapytać później pannę młodą, skąd ściągnęli kucharza? Tak żeby zamówić u niego klopsiki na kolejne spotkanie u Longbottomów…?
– No cóż, skoro zostałeś niecnie porwany z ulicy, myślę, że za tę traumę należy ci się trochę jedzenia – skomentowała, gdy już skończyła porcję, ani trochę nie oburzona. Gdyby się tu wkradł to… hm. Chyba też nie zareagowałaby złością. Ale skoro towarzystwo po prostu ot tak go zgarnęło? – Deser? – zapytała, przysuwając w ich stronę paterę z ciastami. Przez chwilę przypatrywała się jej z głębokim namysłem, rozważając, czy woli sernik czy brownie, ale rozwiązała ten dylemat nakładając sobie i jednego, i drugiego.
- Brzmi jak... hm, burzliwy związek, w którym bardzo trudno byłoby się nudzić - oświadczyła dyplomatycznie, gdy Hades oświadczył, że kochają się tak samo mocno, jak mocno pragną się pozabijać. - Scott plótł coś o jakichś anam cara, będę musiała poszukać więcej, co to w ogóle znaczy, ale z tego, co opowiadał, to chyba trochę inaczej niż u was, bo oni niekoniecznie chcą się pozabijać.
Czy Hades był dziwny? Na pewno. Czy dziwniejszy niż większość pracowników Departamentu Tajemnic? Ani trochę. I zachowywał się trochę inaczej niż ci, których Brenna znała - na przykład jej własny wujek. McKinnon zdawał się całkiem mocno stąpać po ziemi. Wzmiankę o śmierci Brenna ledwo zauważyła, a raczej przyjęła ją jak coś zupełnie normalnego, a nie objaw jakiejś dziwnej obsesji.
- Nie jestem pewna, czy usprawiedliwienie od kolegów nie sprawi, że tylko jeszcze bardziej się zdenerwuje. Pewnie klopsy na wynos nie wystarczą, żeby uspokoić ewentualny gniew? - zapytała, walcząc z uśmiechem, cisnącym się na usta, kiedy zabrał się na wyjaśnianie nowym kolegom, że ma żonę, ale żony tutaj nie ma i że trzeba będzie wypisać dla niej usprawiedliwienie... Za to patrząc po tempie, w jakim Hades wlewał w siebie alkohol, Brenna zaczęła mieć wrażenie, że przyjdzie jej go odstawiać na próg tej tajemniczej Persephony, bo trochę się bała, czy mężczyzna sam znajdzie drogę. A skoro nikt go tutja nie znał, nie było komu powierzyć go w opiekę. – Och, kiedy jem, naprawdę bardzo rzadko kimś się przejmuję – zapewniła, zajmując nowe miejsce i chwytając za łyżkę, żeby zająć się nową porcją klopsików. Usta miała pełne, dlaczego na to „smacznego” nie odpowiedziała, kiwnęła mu tylko głową, przez chwilę skupiona na jedzeniu. Może powinna zapytać później pannę młodą, skąd ściągnęli kucharza? Tak żeby zamówić u niego klopsiki na kolejne spotkanie u Longbottomów…?
– No cóż, skoro zostałeś niecnie porwany z ulicy, myślę, że za tę traumę należy ci się trochę jedzenia – skomentowała, gdy już skończyła porcję, ani trochę nie oburzona. Gdyby się tu wkradł to… hm. Chyba też nie zareagowałaby złością. Ale skoro towarzystwo po prostu ot tak go zgarnęło? – Deser? – zapytała, przysuwając w ich stronę paterę z ciastami. Przez chwilę przypatrywała się jej z głębokim namysłem, rozważając, czy woli sernik czy brownie, ale rozwiązała ten dylemat nakładając sobie i jednego, i drugiego.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.