28.03.2024, 22:28 ✶
– Och czyli dobrze mi się wydawało, że widziałem znak hodowli. Jesteś od Vladimira tak? – Samuel był nikim, ale przymuszony adaptował się, poznając społeczność Doliny jak przestrzenie Kniei, ludzi klasyfikując znanymi sobie zdecydowanie lepiej gatunkami. – Pomagałem tam trochę, przed Twoim przyjazdem, ty musisz być... Nico? – nie był aż tak dobry w imiona, ale wiedział, że Vlad ściągnął pomoc do hodowli, co z jednej strony nie było miłe, bo zabierało mu możliwość doglądania zwierząt, które bardzo lubił, z drugiej strony zaś wolał jednak pracować w drewnie, wolał kształtować je podług swojej woli, wydobywać z włókien wzory i kształty, które cieszyły oko. Wolał trzymać w dłoniach dłuto aniżeli zgrzebło, co było... zaskakującym ale cennym odkryciem.
– Dwa lata temu poznałem Vlada, jak odbiłem spętane hipogryfie źrebie kłusownikom. Sam nie miałem możliwości jej doglądać, nie miałem warunków w lesie zapewnić dobrej regeneracji dla skrzydeł, więc emm, oddałem ją pod opiekę, wiedząc, że zadba o nią. Ha, jeśli to mała Suzie, to cieszę się, że wzleciała, bo przez moment myśleliśmy, że... – nagle zdał sobie sprawę z tego, że w sumie może to wcale nie jest dobry moment na tą opowieść. Zwierzę stało w sporej odległości i już zadbało o swój dziób, nic jej nie niepokoiło, ruchy powoli uspokajały się. Wrzosowisko tak działało. Kojąco.
Uśmiechnął się i odetchnął na ten widok, po czym wrócił uwagą do mężczyzny o silnym zagranicznym akcencie. Zdjął ze swojego grzbietu, pozostając w zszarzałym podkoszulku pamiętającym zdecydowanie lepsze czasy. Z kieszeni wyciągnął kasztanową, długą różdżkę.
– Tak w ogóle to jestem Samuel i ten... pewnie będziesz potrzebował liny, dam Ci jedną.– zebrał energię i skupił się na kraciastym materiale, rozplatając i splatając na nowo sens cząsteczek. Wydłużał je, wzmacniał, aż w ręku pozostała zwisająca z obu stron kilkumetrowa lina. Sprawnie zaczął ją buchtować. – Od dawna doglądasz stada? Ona zna Cię dobrze? – dopytywał podając buchtę mężczyźnie.
– Dwa lata temu poznałem Vlada, jak odbiłem spętane hipogryfie źrebie kłusownikom. Sam nie miałem możliwości jej doglądać, nie miałem warunków w lesie zapewnić dobrej regeneracji dla skrzydeł, więc emm, oddałem ją pod opiekę, wiedząc, że zadba o nią. Ha, jeśli to mała Suzie, to cieszę się, że wzleciała, bo przez moment myśleliśmy, że... – nagle zdał sobie sprawę z tego, że w sumie może to wcale nie jest dobry moment na tą opowieść. Zwierzę stało w sporej odległości i już zadbało o swój dziób, nic jej nie niepokoiło, ruchy powoli uspokajały się. Wrzosowisko tak działało. Kojąco.
Uśmiechnął się i odetchnął na ten widok, po czym wrócił uwagą do mężczyzny o silnym zagranicznym akcencie. Zdjął ze swojego grzbietu, pozostając w zszarzałym podkoszulku pamiętającym zdecydowanie lepsze czasy. Z kieszeni wyciągnął kasztanową, długą różdżkę.
– Tak w ogóle to jestem Samuel i ten... pewnie będziesz potrzebował liny, dam Ci jedną.– zebrał energię i skupił się na kraciastym materiale, rozplatając i splatając na nowo sens cząsteczek. Wydłużał je, wzmacniał, aż w ręku pozostała zwisająca z obu stron kilkumetrowa lina. Sprawnie zaczął ją buchtować. – Od dawna doglądasz stada? Ona zna Cię dobrze? – dopytywał podając buchtę mężczyźnie.