29.03.2024, 14:24 ✶
Jim zbył wzruszeniem ramion pytanie Felixa – zbyt pochłonięty antysemickimi rozważaniami, aby dotarło do niego tak od razu, że oto jego młodszy braciszek bezczelnie sugeruje, że powinien zatkać sobie buzię ostrymi papryczkami i po prostu przestać gadać – zanim jednak zbliżyli się do stoiska, zdążyli wymienić porozumiewawcze spojrzenia, w których zawarli telepatycznie cały plan akcji.
Stojący za straganem młody mężczyzna ubrany był w rzeźnicki fartuch poplamiony krwią i wściekle walił tasakiem w deskę, na której leżał barani udziec. Musiał być młody – Jim na oko nie dałby mu więcej niż dwadzieścia kilka lat – jednak na jego twarzy malowało się ogromne znużenie, które czyniło go podobnym do starca. Miał podkrążone od niewyspania, załzawione oczy i dziwnie zbolałą minę, zaś kiedy nachylał się, by zamieszać chochlą w wielkim garze z chilli, potwornie się garbił…
…Gdy Wojciech usłyszał głos Felixa, wyprostował się jednak, gotów obsłużyć klientów, choć nie liczył, że uda mu się sprzedać choć słoik wybornego chilli, które parowało przez nim na palniku. Zrezygnowany, już zaczął ostrzyć tasak, by móc wręczyć mężczyznom wskazaną przez nich sztukę mięsa, w świście noża słysząc ostry głos swego świętej pamięci ojca, Witolda Wędliniarza, który nie pozwolił mu tak do końca porzucić rodzinnego biznesu, cały czas powtarzając synowi, że te papryczki to jakaś kpina, i: żaden szanujący się potomek szlachetnego rodu rzeźników (od dziesięciu pokoleń, Wojciechu!) nie podjąłby się tak upokarzającego zajęcia…
Najlepszy sprzedawca najlepszych papryczek w całej Anglii! Wojciech przez chwilę wpatrywał się w braci Bellów, oniemiały – tak, jakby nie rozumiał słów wypowiadanych przez Felixa – zaraz jednak opamiętał się, i uśmiechnął się szeroko do pierwszych klientów dzisiaj (!), którzy spytali o papryczki (!!), nie zaś o to, czy może im załatwić tak samo dobre podroby jak jego ojciec, Witold (!!!).
- Żeby tylko w Anglii! Moje papryczki są najlepsze na świecie! – Zapadłe oczy Wojciecha Wędliniarza rozbłysły niczym dwa złote galeony, gdy tylko w rozmowie padło słowo „papryczki”, a jego twarz pokraśniała z radości. Wyglądał, jakby w te kilka sekund ubyło mu z pięćdziesiąt lat. Zaraz zaczął zagadywać Felixa, widząc w nim wyrafinowanego smakosza i człowieka wysokiej kultury. – Wszystko to starannie wyselekcjonowane podczas hodowli krzyżówki najznamienitszych gatunków, sięgających rodowodem Ancon w Peru. Zafascynowałem się nimi podczas moich podróży, chociaż mój ojciec mówił, że wolałby mnie widzieć w ubojni niż w szklarni… – machnął ręką, przepraszając za paplanie, choć ciągnął dalej swój papryczkowy wywód.
Jako że Felix uśmiechał się czarująco i trzepotał rzęsami tak intensywnie, jakby próbował co najmniej zakonnicę z klasztoru klauzurowego poderwać, Jim również uśmiechnął się promiennie, chociaż nie przestał świdrować sprzedawcy spojrzeniem. Każdy, kto Jima znał – a i co uważniejszy obserwator – od razu dostrzegłby, że kącik ust mężczyzny wykrzywia się dziwnie, jakby coś go wyjątkowo obrzydzało… A ten jego uśmiech to w ogóle jest jakiś dziwnie wymuszony! Jim milczał jednak, rozmowę pozostawiając Felixowi.
- Mam też specjalna zniżkę dla każdego, kto przeżuje jedną z moich ultra pikantnych papryczek w całości! Do wyboru są trzy odmiany, i uwierz, ogień piekielny to nic w porównaniu z trawienną pożogą, jaka czeka twój przełyk po spróbowaniu tych piękności! – rzucił wreszcie rozgadany Wędliniarz.
Jim zmrużył oczy. Zniżka? Nie może być. Żaden Żyd nigdy nie zaoferowałby im zniżki!
Przyszedł czas na ostateczny test: Jim wiedział już, że istnieje tylko jedno pytanie, na które odpowiedź od razu pozwoli mu zdeterminować, czy jemu i Felixowi przyjdzie robić interesy z potomkiem kogoś, kto przyczynił się do śmierci Pana Jezusa; jedno pytanie – i od razu będzie wiedział, czy szykować trzydzieści srebrników sykli…
- A jak spróbujemy oboje, to dostaniemy podwójną zniżkę? – zapytał nagle Jim, niewinna nonszalancja słyszalna w jego głębokim głosie.
Stojący za straganem młody mężczyzna ubrany był w rzeźnicki fartuch poplamiony krwią i wściekle walił tasakiem w deskę, na której leżał barani udziec. Musiał być młody – Jim na oko nie dałby mu więcej niż dwadzieścia kilka lat – jednak na jego twarzy malowało się ogromne znużenie, które czyniło go podobnym do starca. Miał podkrążone od niewyspania, załzawione oczy i dziwnie zbolałą minę, zaś kiedy nachylał się, by zamieszać chochlą w wielkim garze z chilli, potwornie się garbił…
…Gdy Wojciech usłyszał głos Felixa, wyprostował się jednak, gotów obsłużyć klientów, choć nie liczył, że uda mu się sprzedać choć słoik wybornego chilli, które parowało przez nim na palniku. Zrezygnowany, już zaczął ostrzyć tasak, by móc wręczyć mężczyznom wskazaną przez nich sztukę mięsa, w świście noża słysząc ostry głos swego świętej pamięci ojca, Witolda Wędliniarza, który nie pozwolił mu tak do końca porzucić rodzinnego biznesu, cały czas powtarzając synowi, że te papryczki to jakaś kpina, i: żaden szanujący się potomek szlachetnego rodu rzeźników (od dziesięciu pokoleń, Wojciechu!) nie podjąłby się tak upokarzającego zajęcia…
Najlepszy sprzedawca najlepszych papryczek w całej Anglii! Wojciech przez chwilę wpatrywał się w braci Bellów, oniemiały – tak, jakby nie rozumiał słów wypowiadanych przez Felixa – zaraz jednak opamiętał się, i uśmiechnął się szeroko do pierwszych klientów dzisiaj (!), którzy spytali o papryczki (!!), nie zaś o to, czy może im załatwić tak samo dobre podroby jak jego ojciec, Witold (!!!).
- Żeby tylko w Anglii! Moje papryczki są najlepsze na świecie! – Zapadłe oczy Wojciecha Wędliniarza rozbłysły niczym dwa złote galeony, gdy tylko w rozmowie padło słowo „papryczki”, a jego twarz pokraśniała z radości. Wyglądał, jakby w te kilka sekund ubyło mu z pięćdziesiąt lat. Zaraz zaczął zagadywać Felixa, widząc w nim wyrafinowanego smakosza i człowieka wysokiej kultury. – Wszystko to starannie wyselekcjonowane podczas hodowli krzyżówki najznamienitszych gatunków, sięgających rodowodem Ancon w Peru. Zafascynowałem się nimi podczas moich podróży, chociaż mój ojciec mówił, że wolałby mnie widzieć w ubojni niż w szklarni… – machnął ręką, przepraszając za paplanie, choć ciągnął dalej swój papryczkowy wywód.
Jako że Felix uśmiechał się czarująco i trzepotał rzęsami tak intensywnie, jakby próbował co najmniej zakonnicę z klasztoru klauzurowego poderwać, Jim również uśmiechnął się promiennie, chociaż nie przestał świdrować sprzedawcy spojrzeniem. Każdy, kto Jima znał – a i co uważniejszy obserwator – od razu dostrzegłby, że kącik ust mężczyzny wykrzywia się dziwnie, jakby coś go wyjątkowo obrzydzało… A ten jego uśmiech to w ogóle jest jakiś dziwnie wymuszony! Jim milczał jednak, rozmowę pozostawiając Felixowi.
- Mam też specjalna zniżkę dla każdego, kto przeżuje jedną z moich ultra pikantnych papryczek w całości! Do wyboru są trzy odmiany, i uwierz, ogień piekielny to nic w porównaniu z trawienną pożogą, jaka czeka twój przełyk po spróbowaniu tych piękności! – rzucił wreszcie rozgadany Wędliniarz.
Jim zmrużył oczy. Zniżka? Nie może być. Żaden Żyd nigdy nie zaoferowałby im zniżki!
Przyszedł czas na ostateczny test: Jim wiedział już, że istnieje tylko jedno pytanie, na które odpowiedź od razu pozwoli mu zdeterminować, czy jemu i Felixowi przyjdzie robić interesy z potomkiem kogoś, kto przyczynił się do śmierci Pana Jezusa; jedno pytanie – i od razu będzie wiedział, czy szykować trzydzieści srebrników sykli…
- A jak spróbujemy oboje, to dostaniemy podwójną zniżkę? – zapytał nagle Jim, niewinna nonszalancja słyszalna w jego głębokim głosie.
gniew mój wybuchnie
jak ogień będzie płonął
i nikt nie zdoła go zgasić
jak ogień będzie płonął
i nikt nie zdoła go zgasić