29.03.2024, 18:50 ✶
Tresura. W społeczeństwie czarodziejskim miała się całkiem dobrze - przynajmniej pośród niektórych rodzin czystej krwi. Brenna nie była na tyle naiwna, by tego nie dostrzegał. Była za to jednak też na tyle pełna nadziei, że wierzyła, że z czasem się to zmieni. W Anglii, jeżeli władzy nie przejmie Voldemort.
A może pewnego dnia i w Rosji, której surowe zasady pod pewnymi względami pewnie zdziwiłyby nawet śmierciożerców, odkrywających, że nagle nie wolno im zająć się wróżbiarstwem, bo są mężczyznami.
Na razie jednak mogła tylko z dość typową dla siebie przekorą zaproponować temu rosyjskiemu chłopcu wyprawę do miejsca, w którym absolutnie nie powinien znaleźć się żaden czystokrwisty Petrov. A jego uśmiech sprawił, że sama uśmiechnęła się tylko jeszcze szerzej - bo zaczynała mieć wrażenie, że Kol był w swojej rodzinie wyrodkiem, a w takim wypadku, zachowawszy w sobie trochę życia mimo trudnego wychowania, zasługiwał na sympatię jeszcze bardziej.
- Zaklęcie by ją zatrzymało... chyba - uspokoiła go, chociaż to "chyba" nie zabrzmiało pewnie specjalnie przekonująco. Sama przystanęła, przyglądając się tej roślince, która póki nie próbowała nikogo użreć, wyglądała naprawdę niewinnie. Brenna nie zgadłaby, że chowa zęby, gdyby nie zobaczyła, jak ta próbuje pożreć palce młodzieńca. - A wiesz co? Mnie się chyba całkiem podoba - stwierdziła nagle, pochylając się nieco. Do licha, to mogłaby być całkiem ładna obrona przed śmierciożercami, prawda? Wprawdzie nie do Warowni, za dużo psów, dzieci i ogólnie ludzie, ale jakby tak zasadzić je na rabatce w ramach linii obrony... - Mogłyby odstraszyć nieproszonych gości - stwierdziła, zastanawiając się, czy Sproutowie w ogóle sprzedadzą jej nasiona tej rośliny, czy też jej hodowla jest w jakiś sposób limitowana. - A tu można się sprzeczać, czy to natura jest dziwna, bo stworzyła magiczne rośliny w kształcie ludzkich dzieci, czy czarodzieje są dziwni, skoro wpadli na to, żeby takie wsadzić do kociołka - roześmiała się, ruszając dalej od mandragor. Tym razem ku doniczkom, stojącym na końcu rządu.
Te też rozpoznała głównie przez tabliczkę. Wiedziała jednak, co mogą zrobić, bo raz spotkanie z takimi mogło skończyć się dla niej tragicznie...
- Diabelskie sidła. Teraz wyglądają niewinnie, bo jest tu dużo słońca, ale w ciemności i wilgoci łatwo duszą człowieka. Jedne takie raz omal mnie nie porwały - powiedziała, wskazując na roślinki, które pozostawały nieruchome i mogły się wydawać zwykłą, niemagiczną rośliną. - Jak tak myślę, to Sproutowie mają tu naprawdę niezły, morderczy arsenał... - stwierdziła z pewnym zamyśleniem. A Rosjanie mówili, że zielarstwo jest tylko dla kobiet! - W każdym razie... obejrzeliśmy chyba wszystko.
A może pewnego dnia i w Rosji, której surowe zasady pod pewnymi względami pewnie zdziwiłyby nawet śmierciożerców, odkrywających, że nagle nie wolno im zająć się wróżbiarstwem, bo są mężczyznami.
Na razie jednak mogła tylko z dość typową dla siebie przekorą zaproponować temu rosyjskiemu chłopcu wyprawę do miejsca, w którym absolutnie nie powinien znaleźć się żaden czystokrwisty Petrov. A jego uśmiech sprawił, że sama uśmiechnęła się tylko jeszcze szerzej - bo zaczynała mieć wrażenie, że Kol był w swojej rodzinie wyrodkiem, a w takim wypadku, zachowawszy w sobie trochę życia mimo trudnego wychowania, zasługiwał na sympatię jeszcze bardziej.
- Zaklęcie by ją zatrzymało... chyba - uspokoiła go, chociaż to "chyba" nie zabrzmiało pewnie specjalnie przekonująco. Sama przystanęła, przyglądając się tej roślince, która póki nie próbowała nikogo użreć, wyglądała naprawdę niewinnie. Brenna nie zgadłaby, że chowa zęby, gdyby nie zobaczyła, jak ta próbuje pożreć palce młodzieńca. - A wiesz co? Mnie się chyba całkiem podoba - stwierdziła nagle, pochylając się nieco. Do licha, to mogłaby być całkiem ładna obrona przed śmierciożercami, prawda? Wprawdzie nie do Warowni, za dużo psów, dzieci i ogólnie ludzie, ale jakby tak zasadzić je na rabatce w ramach linii obrony... - Mogłyby odstraszyć nieproszonych gości - stwierdziła, zastanawiając się, czy Sproutowie w ogóle sprzedadzą jej nasiona tej rośliny, czy też jej hodowla jest w jakiś sposób limitowana. - A tu można się sprzeczać, czy to natura jest dziwna, bo stworzyła magiczne rośliny w kształcie ludzkich dzieci, czy czarodzieje są dziwni, skoro wpadli na to, żeby takie wsadzić do kociołka - roześmiała się, ruszając dalej od mandragor. Tym razem ku doniczkom, stojącym na końcu rządu.
Te też rozpoznała głównie przez tabliczkę. Wiedziała jednak, co mogą zrobić, bo raz spotkanie z takimi mogło skończyć się dla niej tragicznie...
- Diabelskie sidła. Teraz wyglądają niewinnie, bo jest tu dużo słońca, ale w ciemności i wilgoci łatwo duszą człowieka. Jedne takie raz omal mnie nie porwały - powiedziała, wskazując na roślinki, które pozostawały nieruchome i mogły się wydawać zwykłą, niemagiczną rośliną. - Jak tak myślę, to Sproutowie mają tu naprawdę niezły, morderczy arsenał... - stwierdziła z pewnym zamyśleniem. A Rosjanie mówili, że zielarstwo jest tylko dla kobiet! - W każdym razie... obejrzeliśmy chyba wszystko.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.