Nie wiedział, czego się po Nicholasie nie spodziewać. Nawet nie wiedział, co podejrzewać, jakie mieć przypuszczeni, na co stawiać. Czego mógł się dopuścić, czego nie. Niepewność powinna go stawiać na gruncie, który falował. Kiedy pod twoimi nogami zaczyna falować jezdnia to utrzymanie równowagi staje się wszystkim, na co zaczynasz zwracać uwagę. Wszystkim, co pochłania twoje myśli i wierci w głowie. Spoglądał na tego mężczyznę i mimo niepewności - wcale nie czuł, żeby falujący grunt miał go powalić. Czuł za to, że mógł się razem z tym gruntem unosić, wędrować, dopasować do jego rytmu. Fale nie przygniatały, wcale nie wymuszały uginania kolan. Wystarczy, żeby czuć. Nawe nie tańczyć wraz z nadanym rytmem, a wymusić na tym swoje własne kroki. Esme go już tego nauczył. Tego, że warto być bezwzględnie i bezkompromisowo sobą. To, co nadchodziło po tym zdaniu stanowiło potwierdzenie tego, że mimo wspaniałych nauk nadal był tylko (albo aż) Laurentem. Bezkompromisowość w jego słowniku było bardzo mocno brzmiącym słowem i niekoniecznie pasującym do tego, jak traktował ludzi bliskich sobie. Bliskich. Co z Nicholasem?
- Zdziwiłem się, że odpowiedziałeś pozytywnie. - Odezwał się dopiero po dłuższej chwili wpatrywania się w zimne, przystojne lico mężczyzny. Jakby przysłano rzeźbę z marmuru do jego boku i zapomnieli o ludzkich elementach. Ale one tam były. W malutkich calach niedoskonałości. Wystarczyło się przypatrzyć. - Ładna koszula. - Ładna, bo prezentująca jakiś kolor. Laurent pozwolił sobie na wyciągnięcie dłoni do krawata, przejechanie po nim palcami. Poprawił go, chociaż nie było czego poprawiać, ale nie to miał na celu. Celem był mimetyczny dotyk. Dotyk, który nie dotykał, gest, który był niby normalny i wcale nie spoufalający, a jednocześnie między nimi był... gestem bliższym. Z jego strony nim był. Przyjemny materiał krawatu zostawił wspomnienie swojej struktury na opuszkach jego palców. - Idziemy? - Zachęcił krótkim gestem i uśmiechem. Jeśli tylko Nicholas wyraził taką chęć to skierowali się do wejścia to tam powędrowali. W stronę wejścia, gdzie zatrzymał ich mężczyzna w garniturze, któremu Laurent pokazał zakupione bileciki. Jeszcze sprawdzenie na liście gości - i zostali przepuszczni.
Jazz nie gryzł w uszy. Spokojna muzyka nie wyrywała się ponad szmer rozmów i pasowała jak wyśniony dżentelmen do damy. Kolorowe stroje, dość eleganckie, przecinały się w mieszance wpływów kultury mugoli i wciąż klasycznych, czarodziejskich zajawek. Kwiaty cieszyły oczy w romantycznym wręcz półmroku otoczenia. Półokrągły bar otoczony był wysokimi stołkami do siedzenia, które w większości były pozajmowane. Okrągłe stoliki ze stylowymi krzesłami, a środek - parkiet przeznaczony do tańca, tuż pod sceną, na której właśnie brzdękało kilku artystów, kręciło się parę osób i zagajali to jednego, to innego gościa. Laurent zwolnił automatycznie po wkroczeniu do tego miejsca, automatycznie się uśmiechając. Przyglądał się wszystkiemu.
- Lubisz tańczyć? - Sam jakoś nie był wielkim tancerzem.