30.03.2024, 12:46 ✶
– Pewnego dnia wasi mężczyźni bardzo się zdziwią, kiedy wkurzą klub rosyjskich mistrzyń zielarstwa, które wszystkie swoje zapędy bojowe przelały w hodowanie roślin, i dysponują dużym zapasem mandragor, kąsającej kapusty i tentakuli – powiedziała Brenna, a w jej oczach aż iskrzyło rozbawienie. Temat sam w sobie nie był zabawny: wybitnie nie podobało się jej ani zabranianie chłopcom opieki nad roślinami, ani zmuszanie do tej dziewcząt. Ale wizja paru zaprawionych w bojach Rosjan (w wyobraźni Brenny mieli na głowach wielkie, kudłate czapy), obrzucanych przez wściekłe damy główkami kapusty i odkrywających, że ich zaklęcia na niewiele się tu zdarzają, naprawdę się jej podobają.
– Mnie? Ja jestem miejscowym, nieszkodliwym pajacem – zapewniła, machając ręką, jakby zbywała to pytanie. – Tak całkiem szczerze, nie mam pojęcia, ale znam kilka osób, które by wiedziały. Jeśli posadzić je w jakimś miejscu, do którego nikt nie powinien wchodzić, to ja będę przecież wiedziała, by na nie uważać, a jeżeli ktoś tam wejdzie i je zdepcze… może mieć pretensje tylko do siebie, jeżeli coś go pogryzie, prawda? – stwierdziła, z taką miną, że trudno było stwierdzić, czy tym razem znowu się wygłupia. Tym razem w jej głowie Rosjanie, uciekający przed kapustą, zostali zastąpieni wizją tejże kapusty, trenowanej za pomocą przysmaków – dokładnie tak, jak próbowała wytresować Gałgana. B] – Hm… podobno lubi marchewkę… Ale nie jestem pewna, czy to by wystarczyło, żeby ją wytresować[/b] – stwierdziła Brenna z pewnym zastanowieniem, obiecując sobie, że później zapyta o to Norę. Marchewka, bo pogryzłaś właściwą osobę? Brak marchewki, bo próbowałaś pogryźć niewłaściwą?
– W sumie… niewykluczone, że je wyhodowano? W sensie, wiesz, że nie powstały naturalne, ale czarodzieje zrobili jakieś hokus pokus i w ten sposób powstały mandragory? – Biorąc pod uwagę, jak bardzo ludzie, i to nie tylko ci magiczni, lubili eksperymentować, Brenna nie byłaby tym zdziwiona. Ale wolała nie zastanawiać się, co miałaby w głowie osoba uznająca, że fajnie będzie stworzyć roślinę w kształcie dziecka. – Ostatnie pomieszczenie jest zamknięte dla kupujących. Podobno są tam rośliny wymagające spokoju albo niebezpieczne, chociaż jak teraz trochę pogadaliśmy, to zaczynam się zastanawiać, czy Sproutowie nie trzymają tam arsenału do przejścia władzy nad światem – powiedziała Brenna radosnym tonem, kierując się z powrotem w stronę wyjścia. Roześmiała się cicho, kiedy Nikolai skomentował, że Sproutowie byli niebezpieczną rodziną…
…trochę dlatego, że to zdawało się tak absurdalne, gdy się na nich patrzyło.
A trochę dlatego, że istniały bardzo duże szanse, że Nikolai miał rację i do tej pory nawet Brenna tego w stu procentach nie dostrzegła, chociaż mieszkała obok nich przez tak wiele lat.
- Myślę, że bezpieczniej, jeśli żadnemu z nich nie powiesz, że zielarstwo to zajęcie dla kobiet - przyznała, ruszając w stronę pana Sprouta, by kupić kilka woreczków z ziołami. Wróciła do Nikolaia jakieś pięć minut później - z własnymi woreczkami i niewielką doniczką. - Aloes - oświadczyła, wciskając ją Nikolaiowi. - Pan Sprout mówi, że ciężko go zabić. Możesz postawić na parapecie albo nakarmić nim jakąś gryzącą kapustę. Prezent od nowej sąsiadki w Dolinie Godryka.
I może tak troszkę bawiła ją wizja akurat takiego prezentu, który ojca Nikolaia przyprawiłby o apopleksję. Ale chłopak był dorosły i chyba sam niezbyt lubił te ojcowskie zasady, więc w czym problem?
– Mnie? Ja jestem miejscowym, nieszkodliwym pajacem – zapewniła, machając ręką, jakby zbywała to pytanie. – Tak całkiem szczerze, nie mam pojęcia, ale znam kilka osób, które by wiedziały. Jeśli posadzić je w jakimś miejscu, do którego nikt nie powinien wchodzić, to ja będę przecież wiedziała, by na nie uważać, a jeżeli ktoś tam wejdzie i je zdepcze… może mieć pretensje tylko do siebie, jeżeli coś go pogryzie, prawda? – stwierdziła, z taką miną, że trudno było stwierdzić, czy tym razem znowu się wygłupia. Tym razem w jej głowie Rosjanie, uciekający przed kapustą, zostali zastąpieni wizją tejże kapusty, trenowanej za pomocą przysmaków – dokładnie tak, jak próbowała wytresować Gałgana. B] – Hm… podobno lubi marchewkę… Ale nie jestem pewna, czy to by wystarczyło, żeby ją wytresować[/b] – stwierdziła Brenna z pewnym zastanowieniem, obiecując sobie, że później zapyta o to Norę. Marchewka, bo pogryzłaś właściwą osobę? Brak marchewki, bo próbowałaś pogryźć niewłaściwą?
– W sumie… niewykluczone, że je wyhodowano? W sensie, wiesz, że nie powstały naturalne, ale czarodzieje zrobili jakieś hokus pokus i w ten sposób powstały mandragory? – Biorąc pod uwagę, jak bardzo ludzie, i to nie tylko ci magiczni, lubili eksperymentować, Brenna nie byłaby tym zdziwiona. Ale wolała nie zastanawiać się, co miałaby w głowie osoba uznająca, że fajnie będzie stworzyć roślinę w kształcie dziecka. – Ostatnie pomieszczenie jest zamknięte dla kupujących. Podobno są tam rośliny wymagające spokoju albo niebezpieczne, chociaż jak teraz trochę pogadaliśmy, to zaczynam się zastanawiać, czy Sproutowie nie trzymają tam arsenału do przejścia władzy nad światem – powiedziała Brenna radosnym tonem, kierując się z powrotem w stronę wyjścia. Roześmiała się cicho, kiedy Nikolai skomentował, że Sproutowie byli niebezpieczną rodziną…
…trochę dlatego, że to zdawało się tak absurdalne, gdy się na nich patrzyło.
A trochę dlatego, że istniały bardzo duże szanse, że Nikolai miał rację i do tej pory nawet Brenna tego w stu procentach nie dostrzegła, chociaż mieszkała obok nich przez tak wiele lat.
- Myślę, że bezpieczniej, jeśli żadnemu z nich nie powiesz, że zielarstwo to zajęcie dla kobiet - przyznała, ruszając w stronę pana Sprouta, by kupić kilka woreczków z ziołami. Wróciła do Nikolaia jakieś pięć minut później - z własnymi woreczkami i niewielką doniczką. - Aloes - oświadczyła, wciskając ją Nikolaiowi. - Pan Sprout mówi, że ciężko go zabić. Możesz postawić na parapecie albo nakarmić nim jakąś gryzącą kapustę. Prezent od nowej sąsiadki w Dolinie Godryka.
I może tak troszkę bawiła ją wizja akurat takiego prezentu, który ojca Nikolaia przyprawiłby o apopleksję. Ale chłopak był dorosły i chyba sam niezbyt lubił te ojcowskie zasady, więc w czym problem?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.