14.12.2022, 21:17 ✶
Kilka sekund.
Kilka sekund, w trakcie których cały ten chaos wokół nich wydawał się na chwilę zamrzeć, stać się całkiem nieistotny. Świat się skurczył w ułamku sekundy - byli tylko oni, stykający się czołami.
Przyspieszony oddech, smuga czegoś ciemnego na policzku.
Niemalże zatęskniła do tego, zapragnęła, żeby to zrobił - ujął twarz, jak kiedyś, czy też po prostu się zaśmiał. Niemalże - uczucie zniknęło, zanim na dobre się rozwinęło; nie dość, że tak bardzo to nie był czas ku temu, to taka ich relacja, jakkolwiek by nie patrzeć, należała już do przeszłości. I nawet jeśli pozostał jakiś żal, że nie ułożyło się tak, jak początkowo myśleli, że się ułoży; nie do końca wybaczone znikanie bez słowa, przez co wychodziła z siebie, martwiąc się przy tym, czy jest cały i zdrów, to właściwie nie miała powodów, by potraktować byłego partnera z wybitną niechęcią.
Ale nie mogli tak tkwić przez wieczność, nie, gdy wokół trwał zamęt. Zamęt, z którym musieli sobie poradzić - ona i wszyscy inni, którzy zostali tu ściągnięci.
Dlatego chciała wyciągnąć stąd Moody'ego, popchnąć w bezpiecznym kierunku, żeby nie musieć mieć z tyłu głowy głosiku szepczącego, że za jej plecami został ktoś, kto zdawał się w tym wszystkim zagubić i wskutek tego mógł nie reagować odpowiednio.
- Al, przecież ty... - zaczęła, może nawet zbyt ostrym tonem, po czym urwała. Początkowo chciała się go stąd całkiem pozbyć, uznając, iż nie jest zdolny do służby, biorąc pod uwagę, jak wyglądał, jak się zachowywał. W takiej sytuacji wolała odesłać niż ryzykować, że rozsypie się całkiem, że pojawi się ofiara, której można było uniknąć.
Tyle że może łącząca ich relacja zniekształciła osąd; sprawiła, że zapomniała, iż nie bez powodu został aurorem.
I nie bez powodu sprawdzał się w tym, co robił.
Głębszy wdech, szybkie rozejrzenie się dookoła, pociągnięcie nosem. Nadal krew, śmierć, dym i pył; mnóstwo zapachów zlewających się w jeden. Niezmiennie paskudny, niosący ze sobą poczucie bliżej nieokreślonej beznadziei. Ale przecież to nie był koniec, należało iść dalej, zająć się cywilami, w miarę możliwości dotrzeć do źródła chaosu i go wyeliminować.
Nawet jeśli oznaczałoby to krew na jej dłoniach.
Zajmę się tym, ja i inni, odpuść, nie nadajesz się do dalszej służby - cisnęło się na usta. Tyle że każdy miał prawo się bać; sama też nie była taka znowu nieustraszona. Bo choć mogła utrzymywać teraz maskę kogoś, kto doskonale wiedział co robi i nie jest przepełniony lękiem, to prawda była zupełnie inna - serce zdawało się wręcz podchodzić do gardła, a coś w środku krzyczało, że powinna się schować. Puściła w końcu nadgarstek Alastora, odpuszczając.
Instynkt rządził się swoimi prawami.
- Będę obok - rzuciła twardo, nie dając przestrzeni na dyskusję. Niemożność wdychania trochę komplikowała sprawy, przez co samo zawiązanie peleryny może i ograniczało wdychanie świństwa zawieszonego w powietrzu, ale nie eliminowało tego całkowicie. Stąd też, gdy tylko pośpiesznie zrobiła to samo co Alastor, wymierzyła w mężczyznę różdżką, mamrocząc zaklęcie, mające za zadanie stworzyć wokół głowy bańkę, w której można było bezpiecznie oddychać. Ten sam czar planowała rzucić również i na siebie; po czym spojrzała jeszcze raz na Moody’ego, jakby pytając, czy na pewno jest gotów iść dalej.
Kilka sekund, w trakcie których cały ten chaos wokół nich wydawał się na chwilę zamrzeć, stać się całkiem nieistotny. Świat się skurczył w ułamku sekundy - byli tylko oni, stykający się czołami.
Przyspieszony oddech, smuga czegoś ciemnego na policzku.
Niemalże zatęskniła do tego, zapragnęła, żeby to zrobił - ujął twarz, jak kiedyś, czy też po prostu się zaśmiał. Niemalże - uczucie zniknęło, zanim na dobre się rozwinęło; nie dość, że tak bardzo to nie był czas ku temu, to taka ich relacja, jakkolwiek by nie patrzeć, należała już do przeszłości. I nawet jeśli pozostał jakiś żal, że nie ułożyło się tak, jak początkowo myśleli, że się ułoży; nie do końca wybaczone znikanie bez słowa, przez co wychodziła z siebie, martwiąc się przy tym, czy jest cały i zdrów, to właściwie nie miała powodów, by potraktować byłego partnera z wybitną niechęcią.
Ale nie mogli tak tkwić przez wieczność, nie, gdy wokół trwał zamęt. Zamęt, z którym musieli sobie poradzić - ona i wszyscy inni, którzy zostali tu ściągnięci.
Dlatego chciała wyciągnąć stąd Moody'ego, popchnąć w bezpiecznym kierunku, żeby nie musieć mieć z tyłu głowy głosiku szepczącego, że za jej plecami został ktoś, kto zdawał się w tym wszystkim zagubić i wskutek tego mógł nie reagować odpowiednio.
- Al, przecież ty... - zaczęła, może nawet zbyt ostrym tonem, po czym urwała. Początkowo chciała się go stąd całkiem pozbyć, uznając, iż nie jest zdolny do służby, biorąc pod uwagę, jak wyglądał, jak się zachowywał. W takiej sytuacji wolała odesłać niż ryzykować, że rozsypie się całkiem, że pojawi się ofiara, której można było uniknąć.
Tyle że może łącząca ich relacja zniekształciła osąd; sprawiła, że zapomniała, iż nie bez powodu został aurorem.
I nie bez powodu sprawdzał się w tym, co robił.
Głębszy wdech, szybkie rozejrzenie się dookoła, pociągnięcie nosem. Nadal krew, śmierć, dym i pył; mnóstwo zapachów zlewających się w jeden. Niezmiennie paskudny, niosący ze sobą poczucie bliżej nieokreślonej beznadziei. Ale przecież to nie był koniec, należało iść dalej, zająć się cywilami, w miarę możliwości dotrzeć do źródła chaosu i go wyeliminować.
Nawet jeśli oznaczałoby to krew na jej dłoniach.
Zajmę się tym, ja i inni, odpuść, nie nadajesz się do dalszej służby - cisnęło się na usta. Tyle że każdy miał prawo się bać; sama też nie była taka znowu nieustraszona. Bo choć mogła utrzymywać teraz maskę kogoś, kto doskonale wiedział co robi i nie jest przepełniony lękiem, to prawda była zupełnie inna - serce zdawało się wręcz podchodzić do gardła, a coś w środku krzyczało, że powinna się schować. Puściła w końcu nadgarstek Alastora, odpuszczając.
Instynkt rządził się swoimi prawami.
- Będę obok - rzuciła twardo, nie dając przestrzeni na dyskusję. Niemożność wdychania trochę komplikowała sprawy, przez co samo zawiązanie peleryny może i ograniczało wdychanie świństwa zawieszonego w powietrzu, ale nie eliminowało tego całkowicie. Stąd też, gdy tylko pośpiesznie zrobiła to samo co Alastor, wymierzyła w mężczyznę różdżką, mamrocząc zaklęcie, mające za zadanie stworzyć wokół głowy bańkę, w której można było bezpiecznie oddychać. Ten sam czar planowała rzucić również i na siebie; po czym spojrzała jeszcze raz na Moody’ego, jakby pytając, czy na pewno jest gotów iść dalej.
518/902