30.03.2024, 18:29 ✶
Ulysses kiwnął głową. Choć w jego przypadku kiwnięcie było raczej wiedzione chęcią pokazania ojcu, że zrozumiał jego polecenie, niż miało dowodzić czegokolwiek innego. Osoby, które darzył zaufaniem mógł policzyć na palcach jednej ręki, a gdyby miał pominąć członków własnej, najbliższej rodziny, pozostałby mu jedynie Cathal Shafiq. Nawet Danielle nie ufał aż tak mocno, choć w jej przypadku chodziło raczej o to, że sam nie wiedział dokładnie czego chciała i na co mógł sobie przy niej pozwolić.
- Dobrze, ojcze – potwierdził neutralnym głosem. I znowu tylko po to, by Chester Rookwood otrzymał namacalne potwierdzenie, że rzeczywiście usłyszał i zrozumiał jego polecenie.
Inna sprawa, że wysyłał raczej niewiele wiadomości. Większość dotyczyła pracy lub spraw codziennych. Wszystkie były jednakowo neutralne i jeśli ktoś miałby się włamywać do jego korespondencji, byłby raczej niemile rozczarowany jej błahością niż znalazł w niej cokolwiek interesującego. Inna sprawa, że Ulyssesowi wydawało się, że Chester mówił raczej o innych śmierciożercach, a tutaj… tutaj jego syn pozostawał właściwie wyciśnięty w jakieś miejsce w szeregu, z którego nie chciał występować. Wiedział tylko o kilku sługach Czarnego Pana a z jeszcze mniejszą ilością z nich współpracował. Nie czuł, by musiał się pilnować w ich obecności, bo właściwie zawsze był spięty i mocno pilnował własnego zachowania.
Ulysses przesunął pozbawionym wyrazu spojrzeniem na twarz ojca. Zdawał sobie sprawę z tego, jak bardzo bywał czasem ułomny w kontaktach międzyludzkich. Teraz jednak wychodziło na to, że cała rodzina Rookwoodów miała poważne problemy z prowadzeniem ze sobą otwartych rozmów. Może więc jego własne upośledzenie na tym tle, wynikało nie tyle z genetycznej choroby, którą został obdarzony przez naturę, ile zachowywał się jak typowy przedstawiciel swojej rodziny?
- Jeśli się o czymś dowiem, przekażę ci informacje, ojcze – powiedział wreszcie. A potem posłał jeszcze jedno pytające spojrzenie, jakby czekał na jakiś komentarz, a gdy się go nie doczekał, dodał – A teraz jeśli to już wszystko, to pójdę. Zanim wyjdę przywitam się jeszcze z Imogen lub Augustusem. Wydawało mi się, że słyszałem któreś z nich chodzące po pokojach na górze.
Pożegnał się krótko z ojcem i wyszedł z jego gabinetu.
- Dobrze, ojcze – potwierdził neutralnym głosem. I znowu tylko po to, by Chester Rookwood otrzymał namacalne potwierdzenie, że rzeczywiście usłyszał i zrozumiał jego polecenie.
Inna sprawa, że wysyłał raczej niewiele wiadomości. Większość dotyczyła pracy lub spraw codziennych. Wszystkie były jednakowo neutralne i jeśli ktoś miałby się włamywać do jego korespondencji, byłby raczej niemile rozczarowany jej błahością niż znalazł w niej cokolwiek interesującego. Inna sprawa, że Ulyssesowi wydawało się, że Chester mówił raczej o innych śmierciożercach, a tutaj… tutaj jego syn pozostawał właściwie wyciśnięty w jakieś miejsce w szeregu, z którego nie chciał występować. Wiedział tylko o kilku sługach Czarnego Pana a z jeszcze mniejszą ilością z nich współpracował. Nie czuł, by musiał się pilnować w ich obecności, bo właściwie zawsze był spięty i mocno pilnował własnego zachowania.
Ulysses przesunął pozbawionym wyrazu spojrzeniem na twarz ojca. Zdawał sobie sprawę z tego, jak bardzo bywał czasem ułomny w kontaktach międzyludzkich. Teraz jednak wychodziło na to, że cała rodzina Rookwoodów miała poważne problemy z prowadzeniem ze sobą otwartych rozmów. Może więc jego własne upośledzenie na tym tle, wynikało nie tyle z genetycznej choroby, którą został obdarzony przez naturę, ile zachowywał się jak typowy przedstawiciel swojej rodziny?
- Jeśli się o czymś dowiem, przekażę ci informacje, ojcze – powiedział wreszcie. A potem posłał jeszcze jedno pytające spojrzenie, jakby czekał na jakiś komentarz, a gdy się go nie doczekał, dodał – A teraz jeśli to już wszystko, to pójdę. Zanim wyjdę przywitam się jeszcze z Imogen lub Augustusem. Wydawało mi się, że słyszałem któreś z nich chodzące po pokojach na górze.
Pożegnał się krótko z ojcem i wyszedł z jego gabinetu.
Koniec sesji