30.03.2024, 22:50 ✶
– Może masz szczęście, że będziesz wtedy w Wielkiej Brytanii? Czy może planujesz rychły powrót do Rosji? Jeśli tak, napatrz się wcześniej na wszelki wypadek na zdjęcia tych gryzących kapust – poradziła Brenna. – Obawiam się, że byłabym z góry skazana na porażkę, ale może ktoś z moich znajomych dałby radę?
Brenna naprawdę nie lubiła prosić o pomoc, ale jednocześnie doskonale zdawała sobie sprawę z własnych ograniczeń. I choć nie szła z prośbą o tę pomoc, gdy szło o prywatne rzeczy, to tam, gdzie nie była w stanie sobie z czymś poradzić, a chodziło o BUM lub o Zakon, umiała trafić do odpowiednich osób. A może te kapusty naprawdę przydałyby się kiedyś Zakonowi…
*
– Nie ma za co. Ten mały aloes, swoją drogą, wygląda na pierwszy rzut oka groźniej niż ta kapusta. Jakby miały mu zaraz urosnąć macki. A pan Sprout mówił, że jest absolutnie niegroźny, absolutnie niemagiczny… i że wystarczy postawić go gdzieś, gdzie jest sporo słońca – powiedziała, zerkając na doniczkę, którą sama wręczyła Nikolaiowi. Uśmiechnęła się nieco szerzej, kiedy dostrzegła, że podarek się mu spodobał, i nie była to chyba żadna gra pod publiczkę.
I że może przypadł mu do gustu właśnie dlatego, że ojciec toczyłby pianę na jego widok.
– Wiesz co? Chyba cię polubię – oświadczyła bezpośrednio, bo jak miałaby nie odczuwać nici sympatii wobec kogoś, kogo najwyraźniej długo tłamsiła rodzina, a kto mimo to zachował w sobie charakter i może nawet iskrę buntu? Nie mogła oprzeć się chęci podsycania tej iskry, bo właśnie z takich pożarów wychodziły zmiany. Zmiany, które orędownicy starego porządku uważali za największe zło, a które dla Brenny były w czarodziejskim społeczeństwie potrzebne jak powietrze. W dodatku Nikolai do pewnego stopnia przypominał Brennie Charliego: tyle że okoliczności rodzinne Petrova były mimo wszystko nieco mniej dramatyczne. Właśnie z powodu takich jak oni tych zmian potrzebowali. By dzieciaki takie jak Charlie i Nikolai nie były tłamszone w rodzinnych domach. – Na całe szczęście, twój ojciec raczej nie będzie miał okazji obejrzeć tej roślinki. A gdyby się tu pojawił, to byłoby tu bardzo wiele innych rzeczy, które oburzyłyby go bardziej.
Ona sama na przykład. Nie musiałaby się nawet starać. Wystarczyłoby, że stałaby sobie i istniała.
Wrzuciła woreczki z nasionami do plecaka, a potem wymaszerowała ze szklarni z powrotem na świeże powietrze i rzuciła szybkie spojrzenie na zegarek. Była to jedyna biżuteria, jaką nosiła, w dodatku – choć dobrej jakości – bez wątpienia raczej stara. Może starsza niż sama Brenna.
– Mam jeszcze niecałą godzinę. Mogę cię odprowadzić do Vladmira albo zdążymy jeszcze odwiedzić sklep Bagshotów lub przejść się na wrzosowiska – powiedziała.
Brenna naprawdę nie lubiła prosić o pomoc, ale jednocześnie doskonale zdawała sobie sprawę z własnych ograniczeń. I choć nie szła z prośbą o tę pomoc, gdy szło o prywatne rzeczy, to tam, gdzie nie była w stanie sobie z czymś poradzić, a chodziło o BUM lub o Zakon, umiała trafić do odpowiednich osób. A może te kapusty naprawdę przydałyby się kiedyś Zakonowi…
*
– Nie ma za co. Ten mały aloes, swoją drogą, wygląda na pierwszy rzut oka groźniej niż ta kapusta. Jakby miały mu zaraz urosnąć macki. A pan Sprout mówił, że jest absolutnie niegroźny, absolutnie niemagiczny… i że wystarczy postawić go gdzieś, gdzie jest sporo słońca – powiedziała, zerkając na doniczkę, którą sama wręczyła Nikolaiowi. Uśmiechnęła się nieco szerzej, kiedy dostrzegła, że podarek się mu spodobał, i nie była to chyba żadna gra pod publiczkę.
I że może przypadł mu do gustu właśnie dlatego, że ojciec toczyłby pianę na jego widok.
– Wiesz co? Chyba cię polubię – oświadczyła bezpośrednio, bo jak miałaby nie odczuwać nici sympatii wobec kogoś, kogo najwyraźniej długo tłamsiła rodzina, a kto mimo to zachował w sobie charakter i może nawet iskrę buntu? Nie mogła oprzeć się chęci podsycania tej iskry, bo właśnie z takich pożarów wychodziły zmiany. Zmiany, które orędownicy starego porządku uważali za największe zło, a które dla Brenny były w czarodziejskim społeczeństwie potrzebne jak powietrze. W dodatku Nikolai do pewnego stopnia przypominał Brennie Charliego: tyle że okoliczności rodzinne Petrova były mimo wszystko nieco mniej dramatyczne. Właśnie z powodu takich jak oni tych zmian potrzebowali. By dzieciaki takie jak Charlie i Nikolai nie były tłamszone w rodzinnych domach. – Na całe szczęście, twój ojciec raczej nie będzie miał okazji obejrzeć tej roślinki. A gdyby się tu pojawił, to byłoby tu bardzo wiele innych rzeczy, które oburzyłyby go bardziej.
Ona sama na przykład. Nie musiałaby się nawet starać. Wystarczyłoby, że stałaby sobie i istniała.
Wrzuciła woreczki z nasionami do plecaka, a potem wymaszerowała ze szklarni z powrotem na świeże powietrze i rzuciła szybkie spojrzenie na zegarek. Była to jedyna biżuteria, jaką nosiła, w dodatku – choć dobrej jakości – bez wątpienia raczej stara. Może starsza niż sama Brenna.
– Mam jeszcze niecałą godzinę. Mogę cię odprowadzić do Vladmira albo zdążymy jeszcze odwiedzić sklep Bagshotów lub przejść się na wrzosowiska – powiedziała.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.