Zabawa z malowaniem przeciągała się, szczególnie, że Laurent sam zapytał, czy może dołączyć do tworzenia dzieła i jeśli tylko pozwolił to umoczył palec w farbie i przeciągnął nim po płótnie. Wspaniała zabawa. Jeśli tylko nie wątpiłeś w siebie, jeśli nie myślałeś o tym, że może powstać jakaś niedoskonałość to uczyłeś bawić się chwilą obecną. Bo to, że ON mógłby być w czymś kiepski, że mógłby stworzyć coś, co zostałoby skrytykowane... nie przetrawiłby tego. Nie doniósł do końca na swoich barkach. Magia tkwiła jednak w samym procesie. Tam, gdzie ani skrzat, ani różdżka nie zrobią czegoś za ciebie, nie poprawią, nie sprawią, że będzie... ładniejsze. Co najwyżej możesz udoskonalić to, co już i tak płynie przez twoje palce - jak rodzina Avery i ich bajecznie pływające, żywe obrazy, a nawet i drugie wymiary, w których można doznać nowych fantazji. Dobra zabawa, jeśli pokochasz niedoskonałość. Jeszcze lepsza, jeśli nie wątpisz w siebie samego. Philip miał w końcu dar, żeby zawsze nosić głowę wysoko.
Ciężko było powiedzieć, ile czasu przepłynęło, ile mil już przebyli, ile fal rozbiło się na kadłubie statku. Płynęli i dla Laurenta w pewnym momencie tylko to miało znaczenie, kiedy przysiadł sam na kilka chwil. Wyłączył się. Nie było świata, nie było Philipa, nie było Kaydena, Victorii, Florence, Edwarda. Nicość. Morze miało coś takiego w sobie - zaklętą pustkę, która potrafiła uszczęśliwić romantyzmem kochanków, ale i strwożyć najznamienitszych żeglarzy. Tej pustki i tej trwogi doświadczył sam. Dreszcze, jakie powstały na jego skórze, nie miały z tą trwogą wiele wspólnego, a przynajmniej tak o tym pomyślał. To chłód wiatru, bo tutaj powietrze było niezwykle ostre mimo tego, że jeszcze nie zbliżyli się do mroźnej północy. W końcu ją zobaczą - śnieg i wieczną zmarzlinę. Ten świat dało się przemierzyć dookoła globu, a na pewno było warto. Każdy jego zakamarek oferował coś zupełnie nowego.
Towarzystwo Philipa oderwało go od tego poczucia opustoszenia, niezdrowego i kłębiącego się głęboko w jego sercu. Cieszył się, że tutaj był. Naprawdę. Cieszył się, że było tak... normalnie. Że nie było żadnego nacisku, że nie było... a będzie? Nie, na pewno nie. A nawet jeśli, to przecież najwyższy czas nauczyć się mówić "nie", prawda? Porwał Philipa na zdjęcia, zakręcili się wokół fortepianu i kogoś, kto na nim potrafił grać, pobłądzili po całym statku, żeby w końcu go obejść i tak wszystko zaczęło brnąć do punktu, gdzie ostatnie promienie słońca chowały się za linią świata. Ciemność. Ta noc nie była ciemnością zupełną, oj nie! Jasne gwiazdy, wyraźny księżyc, pogoda im sprzyjała. Cały statek był rozjaśniony, a w środku statku już brzmiały śmiechy, muzyka i lały się drinki. Dobrze się patrzyło na to, kiedy Philip był w swoim żywiole. I gdyby wiedział, że w sumie Nott wcale nie był do tego taki chętny to by go nie namawiał.
W sali stał fortepian, obok którego zresztą stał teraz Laurent, nieco pochylony nad kobietą, która właśnie szukała odpowiednich dźwięków do zagrania piosenki, na jaką miała ochotę. Z boku bar, hookery, po bokach sali stoliki, bo środek był parkietem, na którym można było tańczyć - teraz nikt na nim nie tańczył, błąkali się po nim ludzie i rozmawiali ze sobą, w większej części zresztą został wspomnianymi stolikami zastawiony, które znikały stąd, kiedy miejsce było potrzebne. William podszedł do nich po pewnym czasie i tak zaczęli we trójkę trochę żartować, trochę rozprawiać nad tym, na ile niewiasta poradzi sobie z byciem jednooosobową orkiestrą i zabrzmi im tutaj wszystkim popularny ostatnio jazz.