31.03.2024, 09:38 ✶
To był długi dzień.
Brennę naprawdę niewiele mogło zdziwić, ale rutynowa akcja, zamieniająca się w utknięcie gdzieś w czasie i przestrzeni, wuj, trafiający do Munga, przesłuchanie jednego aresztowanego, przesłuchanie drugiego aresztowanego i bardzo, bardzo dużo papierów, to jednak nie było coś, czego spodziewała się tego dnia. W dodatku rana na ramieniu, choć już opatrzona i szybko znikająca (a to za sprawą zaklęcia, eliksiru i maści, zaaplikowanych przez bumowego medyka), piekła niemiłosiernie pod opatrunkiem – skrytym długim rękawem jasnej, lnianej koszuli, w którą przebrała się przed wyjściem z Ministerstwa. W magicznym Londynie stawiała ostatnio na długie rękawy, mimo upału, by nie demonstrować światu nowych blizn.
Wyszła z pracy parę godzin później niż powinna według grafiku, ale takie sprawy nie trafiały się codziennie. Miała do załatwienia kilka spraw na Pokątnej i pomyślała, że może wpadnie na kilka minut do Nory – wielka kawa, parę pączków i może chwila rozmowy z panną Figg były chyba dokładnie tym, czego dzisiaj potrzebowała. Isaac dostrzegł ją w chwili, w której opuściła kwiaciarnię i skierowała się do Nory Nory właśnie, z bukietem błękitnych kwiatów w rękach.
Schwycona nagle za ramię, wypuściła bukiet. Syknęła z bólu, bo Bagshot zdołał złapać dokładnie za miejsce, naznaczone dziś przez zaklęcie i szarpnęła się odruchowo – już nie dlatego, że bolało, a że zadziałał instynkt. Uwolnić się, sięgnąć po różdżkę i…
Dłoń Brenny zamarła w połowie drogi do kieszeni, kiedy nazwał ją „Ziemniaczkiem”. I uświadomiła sobie, że nikt przecież nie atakowałby jej tak bezceremonialnie na ulicy, a ona zna tego mężczyznę…
– No, no, kogo moje oczy widzą? Isaac Bagshot wrócił na Wyspy? – powiedziała, choć pytanie było raczej z gatunku tych retorycznych, a na jej ustach zamajaczył uśmiech. Nie pamiętała, kiedy ostatni raz się widzieli, ale na pewno lata temu i była chyba jeszcze wtedy nastolatką. Wpadł do Erika jakoś gdy pracował jeszcze w Irlandii? A może mignął jej gdzieś na ulicy? Nie mogła sobie przypomnieć. Urosnąć może od tego czasu jakoś nie urosła – już wtedy była wysoka, i wysoką pozostała – ale kilka lat odciskało swoje piętno. Chociaż uśmiechała się dokładnie tak samo, jak wtedy, gdy miała lat piętnaście.
– Odpowiednia gleba, nasłonecznienie i starannie dobrane nawozy, najlepiej takie z dużą ilością kawy, dobrze działają na ziemniaki – odparła bez mrugnięcia okiem, a potem przykucnęła, aby podnieść zagubiony bukiet i starannie obejrzeć go ze wszystkich stron, czy przypadkiem kwiatki nie ucierpiały. Na całe szczęście, wyglądało na to, że przetrwały to brutalne potraktowanie. Podniosła się i zmierzyła go spojrzeniem ciemnych oczu: drobne zmiany łatwo uchodziły uwadze, gdy widywałeś kogoś regularnie, ale oni nie wiedzieli się przecież przez lata. – Nie spodziewałabym się ciebie na Pokątnej. Odwiedzasz rodzinę?
Brennę naprawdę niewiele mogło zdziwić, ale rutynowa akcja, zamieniająca się w utknięcie gdzieś w czasie i przestrzeni, wuj, trafiający do Munga, przesłuchanie jednego aresztowanego, przesłuchanie drugiego aresztowanego i bardzo, bardzo dużo papierów, to jednak nie było coś, czego spodziewała się tego dnia. W dodatku rana na ramieniu, choć już opatrzona i szybko znikająca (a to za sprawą zaklęcia, eliksiru i maści, zaaplikowanych przez bumowego medyka), piekła niemiłosiernie pod opatrunkiem – skrytym długim rękawem jasnej, lnianej koszuli, w którą przebrała się przed wyjściem z Ministerstwa. W magicznym Londynie stawiała ostatnio na długie rękawy, mimo upału, by nie demonstrować światu nowych blizn.
Wyszła z pracy parę godzin później niż powinna według grafiku, ale takie sprawy nie trafiały się codziennie. Miała do załatwienia kilka spraw na Pokątnej i pomyślała, że może wpadnie na kilka minut do Nory – wielka kawa, parę pączków i może chwila rozmowy z panną Figg były chyba dokładnie tym, czego dzisiaj potrzebowała. Isaac dostrzegł ją w chwili, w której opuściła kwiaciarnię i skierowała się do Nory Nory właśnie, z bukietem błękitnych kwiatów w rękach.
Schwycona nagle za ramię, wypuściła bukiet. Syknęła z bólu, bo Bagshot zdołał złapać dokładnie za miejsce, naznaczone dziś przez zaklęcie i szarpnęła się odruchowo – już nie dlatego, że bolało, a że zadziałał instynkt. Uwolnić się, sięgnąć po różdżkę i…
Dłoń Brenny zamarła w połowie drogi do kieszeni, kiedy nazwał ją „Ziemniaczkiem”. I uświadomiła sobie, że nikt przecież nie atakowałby jej tak bezceremonialnie na ulicy, a ona zna tego mężczyznę…
– No, no, kogo moje oczy widzą? Isaac Bagshot wrócił na Wyspy? – powiedziała, choć pytanie było raczej z gatunku tych retorycznych, a na jej ustach zamajaczył uśmiech. Nie pamiętała, kiedy ostatni raz się widzieli, ale na pewno lata temu i była chyba jeszcze wtedy nastolatką. Wpadł do Erika jakoś gdy pracował jeszcze w Irlandii? A może mignął jej gdzieś na ulicy? Nie mogła sobie przypomnieć. Urosnąć może od tego czasu jakoś nie urosła – już wtedy była wysoka, i wysoką pozostała – ale kilka lat odciskało swoje piętno. Chociaż uśmiechała się dokładnie tak samo, jak wtedy, gdy miała lat piętnaście.
– Odpowiednia gleba, nasłonecznienie i starannie dobrane nawozy, najlepiej takie z dużą ilością kawy, dobrze działają na ziemniaki – odparła bez mrugnięcia okiem, a potem przykucnęła, aby podnieść zagubiony bukiet i starannie obejrzeć go ze wszystkich stron, czy przypadkiem kwiatki nie ucierpiały. Na całe szczęście, wyglądało na to, że przetrwały to brutalne potraktowanie. Podniosła się i zmierzyła go spojrzeniem ciemnych oczu: drobne zmiany łatwo uchodziły uwadze, gdy widywałeś kogoś regularnie, ale oni nie wiedzieli się przecież przez lata. – Nie spodziewałabym się ciebie na Pokątnej. Odwiedzasz rodzinę?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.