14.12.2022, 23:13 ✶
Im dłużej trwała ta rozmowa, tym gorzej się czuła.
Nie tak sobie wyobrażała ich pierwsze spotkanie w cztery oczy – a wyobrażała sobie dużo i często, fantazjując o tym każdego ranka, wieczora, w każdej nieomal godzinie. Dobierała starannie słowa, zmieniała je, przebudowywała całe zdania; rozważała, jakich reakcji może się spodziewać, gdy w końcu odważy się stanąć przed Patrickiem i wyjawić prawdę.
Że choć ciało umarło, to tak naprawdę przeżyła. Że była tu, chodziła po tej ziemi w jak najbardziej namacalnej formie. Że żyła w pożyczonym czasie, bo inaczej tego nie dało się nazwać; w końcu uwięziła jaźń Alanny, nie pozwalając jej zdobyć kontroli nad ciałem, kradnąc chwile, które powinna przeżyć właśnie Carrow. Nie, żeby uważała je za szczególnie wartościowe, zwłaszcza te obejmujące działalność z imieniem Voldemorta na ustach; tymi gardziła w pełni i wręcz nienawidziła siebie, że nie miała odwagi wyrwać się z tego przeklętego kręgu.
Instynkt kazał wieść życie, od którego robiło się wręcz niedobrze; najczęściej jakoś w środku nocy, gdy trafiała w objęcia krainy snów. Nie, nie snów, koszmarów; budziła się z nich niemalże z krzykiem, rozdygotana i spocona. Spokojny sen to luksus, którego zdecydowanie nie miała w nadmiarze.
Zresztą, nawet gdyby chciała, to z pewnym przerażeniem odkryła, że nie miała pojęcia, jak w razie czego wydostać się z tego ciała – czy to w celu zmiany nosiciela, czy też może odpuszczenie sobie istnienia po tej stronie Zasłony. A może i z innego powodu; nieważne – cokolwiek by postanowiła, najzwyczajniej w świecie nie potrafiła w sobie znaleźć umiejętności wyrwania się z ciała piegowatej.
Choć może i lepiej; jeszcze by się mogło okazać, iż droga powrotu do tego naczynia została zamknięta.
- Ach – „stwierdziła”, unosząc przy tym brew w geście mówiącym mniej więcej „to co mi pan zawracasz dupę”. A przynajmniej taką miała nadzieję, że udało się jej to wyrazić. Kłamstwo, kłamstwo, kłamstwo. Podobno wystarczająco dużo powtarzane stawało się prawdą – wciąż jednak gdzieś w środku pozostawała Clare, nawet jeśli codziennie patrząc we własne odbicie widziała jedynie Alannę. I Alanny również doszukiwała się w podejmowanych działaniach; coraz głębiej wchodziła w jej skórę, i, co gorsza, z czasem stawało się to coraz łatwiejsze.
Kolejny kamyczek do ogródka lęków – co, jeśli zatraci siebie?
- Powiedzmy, że wierzę – stwierdziła, uśmiechając się krzywo. Może nie dość krzywo, może nie udało jej się wlać w spojrzenie wystarczającej ilości sarkazmu, złośliwości czy czym się Carrow posługiwała. Nie wiedziała, nie miała przed sobą srebrnej tafli, przed którą spędzała naprawdę niemało czasu, uważnie studiując własne miny, starając się doprowadzić do perfekcji każdy detal maski, jaką założyła i nosiła niemalże nieustannie.
Chyba tylko noc odsłaniała prawdziwą twarz.
Może będę miała okazję się o tym przekonać – cisnęło się na usta. Ale niemalże dosłownie ugryzła się w język; już chyba dość błędów popełniła tego dnia, by dokładać sobie jeszcze kolejny. Zwłaszcza że była coraz mniej pewna tego, jak zabrzmi głos, gdy ponownie się odezwie.
Również pożegnała go skinięciem głowy – lekkim, niemalże niezauważalnym. Tkwiła w miejscu przez dobrą chwilę, odprowadzając Patricka spojrzeniem (a jednak kolejny błąd), po czym ponownie skierowała się w stronę cmentarnej furty.
Nie tak sobie wyobrażała ich pierwsze spotkanie w cztery oczy – a wyobrażała sobie dużo i często, fantazjując o tym każdego ranka, wieczora, w każdej nieomal godzinie. Dobierała starannie słowa, zmieniała je, przebudowywała całe zdania; rozważała, jakich reakcji może się spodziewać, gdy w końcu odważy się stanąć przed Patrickiem i wyjawić prawdę.
Że choć ciało umarło, to tak naprawdę przeżyła. Że była tu, chodziła po tej ziemi w jak najbardziej namacalnej formie. Że żyła w pożyczonym czasie, bo inaczej tego nie dało się nazwać; w końcu uwięziła jaźń Alanny, nie pozwalając jej zdobyć kontroli nad ciałem, kradnąc chwile, które powinna przeżyć właśnie Carrow. Nie, żeby uważała je za szczególnie wartościowe, zwłaszcza te obejmujące działalność z imieniem Voldemorta na ustach; tymi gardziła w pełni i wręcz nienawidziła siebie, że nie miała odwagi wyrwać się z tego przeklętego kręgu.
Instynkt kazał wieść życie, od którego robiło się wręcz niedobrze; najczęściej jakoś w środku nocy, gdy trafiała w objęcia krainy snów. Nie, nie snów, koszmarów; budziła się z nich niemalże z krzykiem, rozdygotana i spocona. Spokojny sen to luksus, którego zdecydowanie nie miała w nadmiarze.
Zresztą, nawet gdyby chciała, to z pewnym przerażeniem odkryła, że nie miała pojęcia, jak w razie czego wydostać się z tego ciała – czy to w celu zmiany nosiciela, czy też może odpuszczenie sobie istnienia po tej stronie Zasłony. A może i z innego powodu; nieważne – cokolwiek by postanowiła, najzwyczajniej w świecie nie potrafiła w sobie znaleźć umiejętności wyrwania się z ciała piegowatej.
Choć może i lepiej; jeszcze by się mogło okazać, iż droga powrotu do tego naczynia została zamknięta.
- Ach – „stwierdziła”, unosząc przy tym brew w geście mówiącym mniej więcej „to co mi pan zawracasz dupę”. A przynajmniej taką miała nadzieję, że udało się jej to wyrazić. Kłamstwo, kłamstwo, kłamstwo. Podobno wystarczająco dużo powtarzane stawało się prawdą – wciąż jednak gdzieś w środku pozostawała Clare, nawet jeśli codziennie patrząc we własne odbicie widziała jedynie Alannę. I Alanny również doszukiwała się w podejmowanych działaniach; coraz głębiej wchodziła w jej skórę, i, co gorsza, z czasem stawało się to coraz łatwiejsze.
Kolejny kamyczek do ogródka lęków – co, jeśli zatraci siebie?
- Powiedzmy, że wierzę – stwierdziła, uśmiechając się krzywo. Może nie dość krzywo, może nie udało jej się wlać w spojrzenie wystarczającej ilości sarkazmu, złośliwości czy czym się Carrow posługiwała. Nie wiedziała, nie miała przed sobą srebrnej tafli, przed którą spędzała naprawdę niemało czasu, uważnie studiując własne miny, starając się doprowadzić do perfekcji każdy detal maski, jaką założyła i nosiła niemalże nieustannie.
Chyba tylko noc odsłaniała prawdziwą twarz.
Może będę miała okazję się o tym przekonać – cisnęło się na usta. Ale niemalże dosłownie ugryzła się w język; już chyba dość błędów popełniła tego dnia, by dokładać sobie jeszcze kolejny. Zwłaszcza że była coraz mniej pewna tego, jak zabrzmi głos, gdy ponownie się odezwie.
Również pożegnała go skinięciem głowy – lekkim, niemalże niezauważalnym. Tkwiła w miejscu przez dobrą chwilę, odprowadzając Patricka spojrzeniem (a jednak kolejny błąd), po czym ponownie skierowała się w stronę cmentarnej furty.
500/1695