31.03.2024, 18:52 ✶
Patrick zmarszczył brwi, zastanawiając się, czy w słowie „czysty” kryły się jakieś dodatkowe informacje, których nie wziął pod uwagę. Dla niego duch de Berkeleya wyglądał dokładnie tak samo jak duchy, które mieszkały w Hogwarcie.
Powoli pokiwał głową.
- Półprzezroczysty, w stroju ze swojej epoki, ze śladami po kołku wbitym w serce – i srebrzystymi rozbryzgami z krwi, dodał w myślach. – Raczej nie ma szans na to, by przed odejściem spotkał się z kimś ze swojej rodziny. Ostatni przedstawiciel de Berkeleyów zmarł dobre trzydzieści lat temu – i w odróżnieniu od krewniaka, nie postanowił pozostać w świecie żywych.
Steward miał pewne (niesłuszne, ale o tym nie mógł mieć zielonego pojęcia) przypuszczenia, dlaczego Wolfgang de Berkeley trzymał się kurczowo akurat cmentarza. Domniemywał, że chodziło o wiążące go z miejscem swojego pochówku runy, które auror nieopatrznie starł.
- Hm, czyli powinienem go odwiedzić i powiedzieć mu, że sprawa załatwiona? – podsumował pytająco. – Nie masz ochoty wybrać się w najbliższym czasie na cmentarz? Jakby de Berkeley miał jednak problem z przedostaniem się na drugą stronę? On nie żyje od pięćdziesięciu lat. – Ostatnie zdanie dopowiedział tak na wszelki wypadek, gdyby czas śmierci odgrywał jakąś istotną rolę w przejściu ducha między światami.
Wykrzywił lekko usta, zastanawiając się, jak wytłumaczyć Sebastianowi, że przypadkiem zamordowali z Brenną nielegalną, żerującą przez dziesiątki lat wampirzycę. Może wystarczyło powiedzieć mu, że duch bredził? Patrick zamrugał, dochodząc do wniosku, że chyba najpierw powinien sam pójść na cmentarz i spróbować wyjaśnić duchowi, że lepiej żeby trzymał język za zębami. Szkoda, że de Berkeley był aż tak gadatliwy…
Paradoksalnie, myśli o duchu, trochę Stewarda odprężyły. Łatwiej było się nad nim zastanawiać niż nad tym, co powinien zrobić z opętańcem. Już sama myśl o decyzji, która na niego czekała, sprawiała, że czuł się zagubiony. Poczuł, że robiło mu się niedobrze, gdy usłyszał dalsze wyjaśnienie Sebastiana.
- Czyli co? Jeśli duch raz opęta jakieś ciało i się w tym zasmakuje to może próbować z kolejnym? – dopytał wstrząśnięty. Kim stałaby się Clare, gdyby się dopuściła czegoś takiego? Przecież to brzmiało jak jakieś szaleństwo. Ile innych żyć mogłoby zostać w ten sposób zniszczonych na rzecz jednego ducha, który bardzo nie chciałby odchodzić?
Posłał Neilowi ciężkie i smutne spojrzenie.
- Nawet tak nie mów – poprosił cicho. – Przecież nie miałbyś żadnej pewności, że on kiedyś zechce opuścić twoje ciało. – I, że nie wykorzysta go do zrobienia czegoś okropnego, czego Enfer nigdy by sam zrobił. – Jesteś młody i masz całe życie przed sobą. Swoje życie. Jesteś wart tego, by sam je przeżyć. - Bez żadnego nieproszonego (albo i proszonego) gościa.
Powoli pokiwał głową.
- Półprzezroczysty, w stroju ze swojej epoki, ze śladami po kołku wbitym w serce – i srebrzystymi rozbryzgami z krwi, dodał w myślach. – Raczej nie ma szans na to, by przed odejściem spotkał się z kimś ze swojej rodziny. Ostatni przedstawiciel de Berkeleyów zmarł dobre trzydzieści lat temu – i w odróżnieniu od krewniaka, nie postanowił pozostać w świecie żywych.
Steward miał pewne (niesłuszne, ale o tym nie mógł mieć zielonego pojęcia) przypuszczenia, dlaczego Wolfgang de Berkeley trzymał się kurczowo akurat cmentarza. Domniemywał, że chodziło o wiążące go z miejscem swojego pochówku runy, które auror nieopatrznie starł.
- Hm, czyli powinienem go odwiedzić i powiedzieć mu, że sprawa załatwiona? – podsumował pytająco. – Nie masz ochoty wybrać się w najbliższym czasie na cmentarz? Jakby de Berkeley miał jednak problem z przedostaniem się na drugą stronę? On nie żyje od pięćdziesięciu lat. – Ostatnie zdanie dopowiedział tak na wszelki wypadek, gdyby czas śmierci odgrywał jakąś istotną rolę w przejściu ducha między światami.
Wykrzywił lekko usta, zastanawiając się, jak wytłumaczyć Sebastianowi, że przypadkiem zamordowali z Brenną nielegalną, żerującą przez dziesiątki lat wampirzycę. Może wystarczyło powiedzieć mu, że duch bredził? Patrick zamrugał, dochodząc do wniosku, że chyba najpierw powinien sam pójść na cmentarz i spróbować wyjaśnić duchowi, że lepiej żeby trzymał język za zębami. Szkoda, że de Berkeley był aż tak gadatliwy…
Paradoksalnie, myśli o duchu, trochę Stewarda odprężyły. Łatwiej było się nad nim zastanawiać niż nad tym, co powinien zrobić z opętańcem. Już sama myśl o decyzji, która na niego czekała, sprawiała, że czuł się zagubiony. Poczuł, że robiło mu się niedobrze, gdy usłyszał dalsze wyjaśnienie Sebastiana.
- Czyli co? Jeśli duch raz opęta jakieś ciało i się w tym zasmakuje to może próbować z kolejnym? – dopytał wstrząśnięty. Kim stałaby się Clare, gdyby się dopuściła czegoś takiego? Przecież to brzmiało jak jakieś szaleństwo. Ile innych żyć mogłoby zostać w ten sposób zniszczonych na rzecz jednego ducha, który bardzo nie chciałby odchodzić?
Posłał Neilowi ciężkie i smutne spojrzenie.
- Nawet tak nie mów – poprosił cicho. – Przecież nie miałbyś żadnej pewności, że on kiedyś zechce opuścić twoje ciało. – I, że nie wykorzysta go do zrobienia czegoś okropnego, czego Enfer nigdy by sam zrobił. – Jesteś młody i masz całe życie przed sobą. Swoje życie. Jesteś wart tego, by sam je przeżyć. - Bez żadnego nieproszonego (albo i proszonego) gościa.